Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-11-20

„Dziewczyna bez skóry” Mads Peder Nordbo

Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 11 października 2017

Liczba stron: 416

Przekład: J. Haber-Biały, A. Lubowicka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Chłód i okrucieństwo

Piszący o Grenlandii odwiedzają to miejsce. Nie sposób napisać wiarygodnie o miejscu tak odciętym od świata i o odcieniach zła, jakie się tam czają, nie będąc choć przez chwilę częścią Grenlandii. To dobrze, bo tylko wtedy wychodzą z tego naprawdę wiarygodne narracje. Mads Peder Nordbo poszerza i niuansuje ten mroczny rys okrucieństwa wyspy, który wyraźnie zaznaczyła Anna Kim w swej „Anatomii pewnej nocy”  – książce powstałej w wyniku fascynacji serią samobójstw w Tasiilaq. Miejscu, które i Nordbo uczyni siedliskiem potworności. Oboje wskazują wyraźny związek między surowością grenlandzkiego klimatu a pewną dzikością natury ludzkiej, która powoduje, że Grenlandia skrywa w sobie coś niewystarczająco wytłumaczalnego dla osoby z zewnątrz. O ile Kim koncentrowała się na lokalnym kolorycie otulonego mgłą miasteczka, gdzie bohaterowie tracili swą podmiotowość, a jednocześnie chęć do dalszego życia, o tyle Nordbo stawia na specyficzną formę witalizmu, na jego okrucieństwo i bezkompromisowość. Dziewczyna bez skóry” to kryminał z bardzo dobrym socjologicznym sznytem. Autor mieszkający na mroźnej wyspie opowie o jednym z najbardziej wstydliwych jej problemów – częściowo sankcjonowanym przez lokalną społeczność zjawisku seksualnego wykorzystywania nieletnich w ich domach rodzinnych. Trudno określić, co bardziej zelektryzuje czytelnika – opowieść o wyjątkowo potwornych zbrodniach czy też o potworności życia dziewczynek skazanych na piekło domowe, z którego w żaden sposób nie mogą się wydobyć. Tak czy owak Nordbo pisze niezwykle ekspresyjnie, trzyma czytelnika w emocjonalnym klinczu, nie pozwala złapać oddechu i serwuje coraz to mroczniejsze opowieści o tym, do czego jest zdolny grenlandzki mężczyzna, a co domaga się zemsty, której ktoś się konsekwentnie podejmuje…

Nordbo opowiada o grenlandzkim chłodzie, obrazując go sugestywnie w szeregu przepięknych scen, których niemym bohaterem jest wyjątkowa przyroda wyspy. Główny bohater książki, dziennikarz Matthew chroniący się na Grenlandii przed traumą wspomnień o rozbitym życiu rodzinnym, idealnie dostosował się do nowego miejsca, do którego przybył z Danii. Matka powtarzała mu, że jest tak blady, iż niknie we mgle. Ta pewna niewidoczność daje mu większe możliwości, gdy podejmuje się rozwiązania zagadki kryminalnej, za którą stoi wielowątkowa intryga. Mads Peder Nordbo portretuje go równie uważnie co innego bohatera – przedstawiciela lokalnej policji obsesyjnie zaangażowanego w śledztwo sprzed czterdziestu lat. A temu śledztwu w nowej odsłonie i w innych kontekstach przyjrzy się Matthew Cave. Dobry mężczyzna, prawy. Jak Jakob Pedersen przed laty, którego zapiski pomogą zrozumieć, co potwornego dzieje się na Grenlandii ponownie. „Dziewczyna bez skóry” wbrew tytułowi to przede wszystkim opowieść o statusie mężczyzny na Grenlandii. O tym, że surowa przyroda wyzwala specyficzny rodzaj brutalności, co w sumie nie jest tylko fikcją literacką, biorąc pod uwagę fakt, że sprawcą morderstwa na dwudziestoletniej dziewczynie, którym na początku roku żyła Islandia, był właśnie obywatel Grenlandii. Zdeprawowani i zdegenerowani są nie tylko ojcowie molestujący seksualnie córki, ale także mężczyźni ze sfery wpływów, odpowiedzialni za polityczny i społeczny kształt wyspy. Nordbo opowie o tych męskich pokładach okrucieństwa, którym trudno się przeciwstawić, ale które są możliwe do ujawnienia.

Matthew mierzy się nie tylko z jednym rodzajem braku związanym z wypadkiem samochodowym, w którym zginęła jego ciężarna żona. Chodzi też o nieobecność ojca. Ten przed laty zniknął bez śladu. Dziennikarz zmaga się z wyobcowaniem potęgowanym przez otoczenie, w którym się znalazł. Skaliste Nuuk, gdzie lodowata przez cały rok woda łączy się z majestatycznymi górami i skałami, pośród których społeczność wiedzie swoje życie. To naznaczone kiedyś przymusowymi przesiedleniami oraz tragicznym losem ludzi z grenlandzkich osad, którzy nigdy nie odnaleźli się w mieście. Matthew czuje się w nim dobrze, bo daje mu ono wytchnienie. Do czasu. Najpierw okaże się, że znaleziono zmumifikowane zwłoki mężczyzny, które przebywały w lodowej szczelinie i najprawdopodobniej należą do potomka Wikingów. Być może. Cała sprawa gmatwa się coraz bardziej. Ktoś po czterdziestu latach ponownie traktuje swoje ofiary z wyjątkowym okrucieństwem. Zresztą opis umierania jednej z nich, który otwiera powieść, pokazuje, jak sugestywny i przejmujący będzie Nordbo. Ważąc każde słowo tak jak Grenlandczyk, który nie potrafi opowiadać o swoich emocjach.

Bardzo wiele skumulowanych emocji, włącznie ze złością i nienawiścią, będzie nieść w sobie Tupaarnaq, skazana na dwanaście lat więzienia za rzekome zamordowanie rodziny Grenlandka, która dopiero niedawno poznała smak wolności i przybyła do Nuuk, by uporządkować swoje życie. Staje się łatwym kozłem ofiarnym. Kimś, na kogo można zrzucić współczesne morderstwa. Pozbawiona włosów i wytatuowana na całym ciele Tupaarnaq ze swymi dzikością i konsekwencją w działaniu jest taką trochę grenlandzką Lisbeth Salander. Nosi w sobie niezabliźnione rany z przeszłości, ale jest też symboliczną rzeczniczką wszystkich krzywdzonych w domach dziewcząt, które ze swymi mrocznymi tajemnicami pozostaną potem same w całym dalszym życiu. Morderstwa z lat siedemdziesiątych związane są także z zaginięciami dziewczynek. Mads Peder Nordbo wciąż balansuje między dwoma rodzajami tragizmu – brutalne serie zabójstw oraz powtarzające się zjawisko molestowania seksualnego. Wszystko w specyficznej scenerii Grenlandii, która jakby zacierała ślady po tym, co ludzie robią źle. A lodowa wyspa kryje w sobie wyjątkowo wiele pokładów ludzkiej podłości. Także zemsty, bo to ona będzie motorem napędowym działań kogoś, kto przed laty wymierzał sprawiedliwość na własną rękę.

Tupaarnaq zdecydowanie dominuje w tej fabule i bardzo ciekawe jest śledzenie tego, jak zdystansowana wobec mężczyzn kobieta odnajduje nić porozumienia, a potem bliskość z Matthew. Oboje są zdeterminowani, by za wszelką cenę wyjaśnić wszystkie otaczające ich zagadki. Sprawy, w które stali się osobiście zamieszani. W problemy, których nie rozwiązał upływ czasu. Bo na Grenlandii czas i pamięć wyglądają nieco inaczej. Mads Peder Nordbo opowiada o kraju, gdzie nie można uciec od swych myśli i obsesji, a symboliczne zagubienie we mgle nie przynosi ukojenia. To także bolesna historia ran zadawanych przez najbliższych i opowieść o chęci bycia niewidzialnym. Grenlandia jest miejscem, w którym najlepiej nie widzieć i nie słyszeć. Bohaterowie zostają skonfrontowani z kilkoma sytuacjami granicznymi. Będą musieli znieść presję czasu, ale także uświadomić sobie swoją własną siłę. Tę wydobytą z lodowatego krajobrazu wokół. Bo mimo portretowanych okrucieństw widać ogromną czułość i miłość, z jakimi Mads Peder Nordbo portretuje wyspę. Bardzo wartościowa książka, otwierająca oczy na problemy ludzi, o których nikt specjalnie nie myśli. Nawet Duńczycy – niezbyt skorzy do pojednań i zbliżenia ze swym terytorium zależnym. W tej powieści staje się ono terytorium zła i skrywanych tajemnic. Bardzo oddziałująca na wyobraźnię powieść!

2017-11-17

„Poliglotyczni kochankowie” Lina Wolff

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 25 października 2017

Liczba stron: 296

Przekład: Dominika Górecka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Niespełnienia

Wydaje mi się, że nie wypada krytykować powieści Liny Wolff. Po pierwsze – dlatego, że jest skandynawska, że szwedzki adres autora od jakiegoś czasu w Polsce oznacza doskonałą jakość. Po drugie – książka jest bardzo inteligentnie napisana, odkrywa przed nami kolejne poziomy interpretacji i gdyby wykorzystać przymiotniki, jakimi chętnie ozdabia się na Zachodzie okładki książek, można byłoby napisać, że to rzecz brawurowa, ekscentryczna, postnowoczesna czy wyjątkowo oryginalna. Po trzecie zaś – Wolff wplata w świat przedstawiony mniej lub bardziej czytelne aluzje literackie, dokonuje dość śmiałych zabiegów wikłających znane pisarskie nazwiska w rzeczywiście zawikłaną intrygę będącą udziałem bohaterów książki. Nie wypada zatem krytykować kogoś, kto odnosi się do Houellebecqa. Do Houellebecqa odnoszą się dzisiaj jednak wszyscy, bo to modne i wyjątkowo nośne. Tak, „Poliglotyczni kochankowie” to książka, której nie powinno się robić krzywdy. A jednak opierająca się na zbyt prostych dychotomiach, serwująca mało przekonujące (choć bardzo atrakcyjne) rozwiązania fabularne i misternie budująca intrygę wokół pewnego maszynopisu, a to już absolutny przepis na sukces.




Całość tekstu na stronie "Czas Kultury"

2017-11-15

„Zastrzyk śmierci” Małgorzata Rogala

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 25 października 2017

Liczba stron: 346

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Frustracje i zemsta

Miał być koniec serii. Takie przynajmniej wrażenie można było odnieść, czytając „Ważkę”. Małgorzata Rogala zaskakuje – nie tylko pomysłami na dalsze losy swoich ulubionych policjantów. Ważne jest to, że nie wchodzi w pisarski schemat, nie operuje kliszami, nie serwuje podobnych historii ani nie nudzi. Myślę, że dzięki temu to pierwszy od wielu lat cykl powieści, z którym dobrze się czuję, czytając już czwarty tom. Czy „Zastrzyk śmierci” jest dla każdego? W dużej mierze dla znajomych i wielbicieli Agaty Górskiej i Sławka Tomczyka, ale przyjemność odkrywania wielowątkowej zagadki będzie przyjemnością każdego, nawet pierwszy raz czytającego Małgorzatę Rogalę. W tym tomie autorka silnie akcentuje tło społeczne. Wydobywa frustracje, upokorzenia i rozmaite wstydliwe sprawy związane z polskim rynkiem pracy, któremu przyjrzeli się niedawno w dwóch reportażach Rafał Woś i Olga Gitkiewicz. Rogala nie wchodzi głębiej w problemy zatrudniania w Polsce, choć pomyślałem, że brak jej trochę konsekwencji, bo analizując bezrobocie nowych bohaterów, mogłaby zasygnalizować, że Górska i Tomczyk niekoniecznie otrzymują adekwatną zapłatę za ogrom swoich obowiązków. Zastrzyk śmierci” to historia sfrustrowanych pracowników lub ludzi bez etatu oraz opowieść sięgająca wstecz, do pewnej mrocznej tajemnicy. Motyw dość często wykorzystywany w literaturze kryminalnej, ale tutaj powiązany ze wspomnianą wyżej tematyką społeczną, by zmylić czytelnika. Czyta się po raz kolejny bardzo dobrze i jeśli pojawi się przeczucie, że wszystko w relacjach głównych bohaterów zostało już opowiedziane, na pewno zelektryzuje zaskakujący epilog. Rogala w świetnej formie opowiada o mordercy, który wymierza karę. Także o ludziach, którzy nie chcieliby pamiętać, za co zostaną ukarani.

Inspiracją do napisania tej książki stał się między innymi jeden z najgłośniejszych filmów amerykańskich lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, czyli „Dead Man Walking” Tima Robbinsa. To nim zafascynowany jest morderca z powieści. Przygotowuje ofiarom spektakl znany z filmu. Trzy zastrzyki, które stopniowo pozbawiają życia. Precyzyjnie. Trucizna wstrzykiwana z całą stanowczością i bez żadnego wahania. Śmierć w wyniku splotu okoliczności, których nie wszystkie ofiary się domyślają. My także. Rogala zręcznie łączy historię o zemście wynikającej z traumy z historią inicjacyjną pewnej poszukującej szczęścia osobistego i zawodowego dziewczyny oraz Agaty i Sławka, którzy już oficjalnie są razem, choć starają się nie okazywać tego w pracy. Wszystko we właściwych proporcjach.

„Zastrzyk śmierci” to powieść kilku spektakularnych, filmowych wręcz scen. Jedna z najbardziej przykuwających uwagę to ta, w której Agata Górska podczas interwencji nawiązuje kontakt z mordercą, nie będąc świadoma tego, z kim ma do czynienia. Okazuje się, że zabójca trafia jeszcze na kogoś, kto mógłby pokrzyżować jego szyki. To tajemniczy obserwator. Świadek pierwszej zbrodni, człowiek podążający śladami wykonującego śmiertelny zastrzyk. Ta postać inteligentnie odsuwa nas od sedna sprawy. Górska i Tomczyk także bardzo długo nie mogą powiązać ze sobą faktów i rozwiązać zagadki, ale w żaden sposób nie umniejsza to dynamizmu tej historii. Żaden z wątków pobocznych – jak zdarza się w niektórych kryminałach – nie spełnia tutaj funkcji nużącej retardacji. Wszystkie zdarzenia absorbują na równi, bo wszystkie też są przez autorkę doskonale przemyślane.

Rogala opowiada o tym, jak praca porządkuje sens ludzkiego życia i jaką pułapką może być dla psychiki jej utrata. Poznajemy nie tylko młodych pracowników, którym pracodawcy dziękują za nieopłacone okresy próbne. Jeden ze starszych bohaterów zakłada stronę, na której pokłady frustracji łączą się z przestrogami. Pracować w Warszawie to wciąż igrać z ogniem. Dla niektórych formy zatrudnienia stają się klatkami, innym kojarzą się jedynie z niepewnością i zdaniem na łaskę lub niełaskę pracodawców. Autorka – jak już wspomniałem – nie sięga jakoś głębiej w portretowaną problematykę, ale wystarczająco, by pokazać, z jakim ogromem napięcia emocjonalnego można mieć do czynienia przy utracie zatrudnienia bądź szukaniu go na nowo. Zwalniani z pracy bohaterowie książki życzą jak najgorzej tym, którzy ich zwolnili, ale przecież nie są mordercami. Albo nie mają predyspozycji do tego. Kto wie, kim naprawdę jest człowiek, który cytując Arystotelesa, pozbawia życia tych, którzy być może z jakichś powodów na to zasłużyli? Czy można zasłużyć na śmierć? Jak długo można planować zemstę? Jak żyć z odium wspomnień, które na zawsze naznaczają w życiu pełnym dynamizmu jako odskoczni od pamiętania o czyjejś tragedii?

„Zastrzyk śmierci” jest powieścią przede wszystkim o impulsywnych, zagubionych, ale i szukających swego miejsca kobietach. Odnosi się chwilami wrażenie, że mężczyźni schodzą na dalszy plan, ale nie jest tak do końca. Portretować kobiety jest Rogali być może wygodniej. A może chodzi też o to, co zniuansowała w poprzednich powieściach – pokłady kobiecych słabości oraz niezwykłych sił. W tym wszystkim Agata Górska najbardziej chyba spokojna i pozbawiona balastu męczących wspomnień. Nieprzypominająca tej z poprzednich książek Rogali. Spełniona i szczęśliwa. Występująca jako powierniczka siedemnastoletniej siostry swego kochanka, której perypetie dodatkowo skomplikują fabułę. Ten spokój zdaje się pozorny. Wszystko rozsadzi zakończenie. Małgorzata Rogala wie, jak przykuć uwagę do detali, ale zdaje sobie również sprawę z tego, kiedy trzeba zwieść zbyt pewnego siebie czytelnika. Lektura „Zastrzyku śmierci” pozostawia w zdumieniu, a na koniec w niedosycie. Intryga kryminalna jest wystarczająco skomplikowana, by zainteresować różnego rodzaju wielbicieli powieści z dreszczykiem. Ciekawe jest również przenoszenie środka ciężkości – z obserwatora na rozgrywającego wydarzenia, a w końcu na nieświadomego swego udziału uczestnika zdarzeń. Warto wejść w skomplikowany świat przedstawiony tej książki, w którym element współczucia dla wszystkich niemal bohaterów pozwoli spojrzeć na ich losy bardziej osobiście. Ciekawa, interesująco rozegrana z czytelnikiem i postaciami gra. Zdecydowanie warta uwagi.


PATRONAT MEDIALNY

2017-11-12

„Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre

Wydawca: MUZA

Data wydania: 27 września 2017

Liczba stron: 287

Przekład: Joanna Polachowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół zbrodni

Pierwsze sto stron czytałem, przecierając oczy ze zdumienia. Kolejne były już udręką. Ugrzęzłem. Także w rozczarowaniu. Zadawałem sobie pytanie, czy tę narrację napisał ten Pierre Lemaitre, który doskonale manipulował czytelnikiem choćby w „Alex”, wbijając w fotel z wrażenia? Czy to ten Lemaitre, który w tak prowokacyjny sposób rozliczał się z pierwszą wojną światową na kartach „Do zobaczenia w zaświatach”? Powiedzieć, że „Trzy dni i jedno życie” jest książką słabą, to wyrazić się naprawdę eufemistycznie. Wiem, że wielu świetnym pisarzom zdarzają się tak zwane wypadki przy pracy, ale tu miałem wrażenie, iż nastąpiła jakaś kolosalna pomyłka, pomylono nazwisko autora, to nie może być jego. Opowieść o dziecku, które staje się mordercą i z piętnem zbrodniczego czynu mierzy się przez kolejne lata życia, staje się powieścią miałką, bez iskry, pozbawioną wyrazistości i nieudolnie brnącą ku zakończeniu stawiającemu koszmarną kropkę nad i. Taka historia domaga się burzy emocji, nieokiełznanego wydobywania się ze świadomości coraz mroczniejszych myśli, ta opowieść jest po prostu samograjem, który powinien przykuć uwagę. Co otrzymujemy? Nudę. Zbyt gładkie, wyważone zdania. Dydaktyczny ton na przemian z retardacjami, w których główny bohater staje się chwilami groteskowy, nie pokazując wcale tego, jak bardzo jest osaczony i jak mroczne mogą być jego fantazje po zdarzeniu, które naznaczy go na zawsze. Kiedy Lemaitre wchodzi w ton szantażowania emocjonalnego swojego zbrodniarza, zmierza tym samym do mało satysfakcjonującego zakończenia. Wcześniej brak iskry, brak mocnego chwycenia czytelnika za gardło. Powieść jest statyczna, a przecież opowiada o wulkanie emocji wywołanym czynem, którego nie można już odwrócić! Francuski pisarz rozczarowuje. Z niedowierzaniem przyjmuje się tę książkę jako wyraz bezradności wobec tematu, który siłą rzeczy ma przywołać skojarzenia z wielkim Dostojewskim.

Czego bym oczekiwał? Przede wszystkim umiejętności zobrazowania, jak w każdym szczególe następuje w młodocianym zbrodniarzu pewna dezintegracja osobowości. Chciałbym przeczytać, jak lęk ogarnia go w takim stopniu, że chłopak nie jest w stanie go już wyrazić. Chciałbym czytelnie odczuć, jakim zagrożeniem może być portretowana mała miejscowość, która szuka kozła ofiarnego, chce za wszelką cenę znaleźć winnego zaginięcia sześciolatka, jest okrutna i bezkompromisowa w wydawaniu sądów. Chciałbym – skoro już idę przez życie z bohaterem – dojrzeć te pokłady przemian, które pozwoliły mu po latach zbudować pozorną stabilność, bo przecież zdecydował, że chce żyć bez konsekwencji za swój czyn. Chciałbym poczuć jego rozedrganie, znaleźć się w środku emocjonalnego chaosu, być wykończonym przez jego pustkę, miotanie się w bezradności i jednocześnie rozumieć, dlaczego konsekwentnie milczy. Niczego takiego nie otrzymuję. Lemaitre w zgrabnym i jednocześnie szkolnym stylu portretuje losy chłopca, któremu pewnego dnia rozpadł się świat, druzgocząc także mir rodzinny bliskich zabitego i naznaczając na zawsze podejrzliwością relacje ludzi z prowincjonalnego Beauval, od którego nigdy nie udało się uciec.

Antoine kocha psa, którego nie może posiadać na własność. Ktoś tego psa zabija. Antoine jest zdruzgotany. Wiedzie samotnicze życie dwunastolatka, którego opuścił ojciec, a któremu rytm życia wyznacza surowa matka. Chłopca budującego sobie domek na drzewie jako substytut bezpiecznej i zrozumiałej dla niego przestrzeni. Takiej, w której dorośli nie opuszczają, rówieśnicy nie wywołują wyobcowania, a rzeczywistość wokół nie jest naznaczona jakimś niezrozumiałym jeszcze przez dziecko fatalizmem, ale fatalizmem niepewności zatrudnienia i stabilizacji, której tak bardzo potrzeba przewidywalnym do bólu mieszkańcom miasteczka. Śmierć psa staje się początkiem koszmaru. Antoine patrzy, jak ktoś go zabija, by za chwilę sam stać się mordercą. Od tego momentu uzyskujemy pełne panowanie nad światem przedstawionym i pozostaje nam jedynie wejść w pejzaż emocjonalny dziecka mającego świadomość nieuchronnej kary za zabicie sześciolatka. Nie za bardzo mamy w co wejść, a perypetie Antoine’a nie wyzwalają ani poczucia solidarności ze skrytobójcą, ani jakiegoś moralnego buntu, który kazałby nam sprzeciwiać się postawie reprezentowanej najpierw przez chłopca, potem przez dorosłego mężczyznę.

Najciekawiej w powieści zobrazowany jest ten ambiwalentny stosunek do Beauval, w którym Antoine wyrósł, ukształtował się i jednocześnie zaznał największej z możliwych form opresji. Chłopiec tuż po dokonaniu zabójstwa chce miejscowość natychmiast opuścić. Kompulsywnie planuje ucieczkę, która nigdy nie dojdzie do skutku. Dorosły Antoine mierzy się ze swoim Beauval w nieco inny sposób. Rozumie, skąd się wydobył, i zdaje sobie sprawę z tego, że miejsce pochodzenia będzie w nim zawsze obecne. Że nie można się wydostać z miejscowości, tak jak nie można pożegnać czasu, który nabrał dramatycznego przyspieszenia po tym, jak zadany został cios. Akt przemocy strukturalizujący dalsze życie bohatera, opresyjny i wciąż na nowo zawłaszczający – jest konsekwencją nieprzemyślanej przemocy. Dorosły Antoine nosi w sobie Beauval nieco inaczej. Lemaitre każe mu zżyć się z tą miejscowością na zasadzie specyficznego szantażu. Antoine nigdy nie opuści miejsca, w którym dopuścił się aktu przemocy i w którym raz na zawsze określił swój dalszy los.

Z przerażenia w cynizm – tę drogę należałoby opisać na tyle sugestywnie, by pokazać całą gamę wykluczających się wzajemnie emocji, które doprowadzają do chronicznego wręcz poczucia, że jest się nieuchwytnym i życiową moralność można zbudować na własnych zasadach. Nie ma u Lemaitre’a wyraźnego zaznaczenia tego, czym jest oczekiwanie społeczne względem złoczyńcy, a kim staje się on sam dla siebie w momencie, w którym dopuszcza do świadomości, że ze zbrodnią można wieść pozornie uporządkowane życie. Świat przeżyć bohatera winien iskrzyć od niedopowiedzeń, czarować niuansami wzruszeń i przerażenia, budować ramy klatki emocjonalnej, w jakiej zamknie się Antoine. Nic takiego się nie dzieje. Pierre Lemaitre stara się wyobcować swojego chłopca tak, by stał się swego rodzaju dzikim mężczyzną, który – wciąż na nowo wspominający zbrodnię – nie zaufa nikomu i nie stworzy żadnej bliskiej relacji poza pewnym rodzajem toksycznej bliskości z matką. Popada przy tym w przewidywalność i pewien rodzaj marazmu. Opowiada wciąż o tym samym i za każdym razem podobnie. Nie niuansuje źródeł lęku i nie pokazuje, w jaki sposób tworzy się złudna pewność siebie potem. Jego bohater nie wzbudza emocji. Jest w swej emocjonalności zamknięty dla czytającego. Ta książka zamiast pobudzać, coraz bardziej irytuje swoją przewidywalnością i tym, że nie ma w niej pokładu emocjonalnego, który mógłby narzucać taki, a nie inny scenariusz zdarzeń. Z dużą przykrością muszę stwierdzić, że z tak kolosalnym rozczarowaniem kolejną książką lubianego przeze mnie pisarza jeszcze się nie mierzyłem. „Trzy dni i jedno życie” ratują być może kreślone w wyobraźni głównego bohatera niespełniające się scenariusze. Reszta jest spełnieniem, w którym nie ma zawieszenia. Nie ma tej potwornej formy niepewności, która powinna naznaczyć chłopca i ostatecznie złamać mężczyznę. Trudno mi orzec, czy w ogóle głównemu bohaterowi można choć przez chwilę współczuć.

2017-11-09

„Zapach mężczyzny” Agneta Pleijel

Wydawca: Karakter

Data wydania: 17 października 2017

Liczba stron: 304

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: O tożsamości

Można czytać „Zapach mężczyzny” jako uzupełnienie „Wróżby”, niekoniecznie jej kontynuację. W poprzedniej książce wspomnieniowej Agneta Pleijel pokazywała dziecięce spojrzenie na utraty. Takie fundamentalne i zagrażające poczuciu bezpieczeństwa. „Zapach mężczyzny” będzie przede wszystkim o zyskach. O tym, jak wiele dla siebie wydobyła dojrzewająca autorka, potem kobieta świadoma, wyrażająca się poprzez swoją płeć i w tej płci sytuująca kontekstowe rozważania na temat różnorodności życia w relacjach. Tak, to książka o mężczyznach, ale przede wszystkim o tych wszystkich odkryciach i poszukiwaniach, które można perfekcyjnie zniuansować dopiero po latach. Pleijel pisze pozornie pewna już wszystkiego. A jednak wraca do tych momentów, które wciąż na nowo wywołują w niej pytania o własną tożsamość – na ile zrodziła się z pytań i deficytów, a na ile stała się silna w konfrontacjach. Bo to książka o walce o prawo bycia sobą, ale też przejmujący obraz konfrontacji z mężczyznami, których obcość łączyła się ze specyficznymi formami bliskości. Wśród tych mężczyzn najważniejszy – ojciec, ten porzucający rodzinę i ten zapamiętany jako ktoś, do kogo można było potem zbliżyć się tylko fragmentarycznie. Czasami tylko wówczas, gdy poleciało się do dalekiej Etiopii. Niekiedy zupełnie przypadkiem, gdy poważany profesor stawał się czułym czyścicielem okien. Myślę, że rozważania o poszukiwaniu własnej podmiotowości wychodzą od utraty zasygnalizowanej we „Wróżbie”, ale obrazują przede wszystkim to, co można było wydobyć z innych ludzi – wbrew ich woli, czasem poza tą wolą. Pleijel opowiada też o tym, w jaki sposób w Szwecji i innych krajach mężczyźni zawłaszczali sobie świat. Męskich wyższości i pewności siebie doświadczała przez całe życie. Czy bohaterka tej przejmującej opowieści o wkraczaniu w dojrzałość musiała z męskością się przede wszystkim konfrontować? To jedno z kilku kluczowych pytań. Nie jestem pewien, czy najważniejsze.

Najmocniej utkwiły mi w pamięci wspomnienia babci i tego, jak umierała. Kobiety, która przed śmiercią konstatowała, że jest nikim. W opozycji do niej, do tego stwierdzenia, do tej bierności i być może nieświadomości własnej roli Pleijel stworzy odważną opowieść o tym, czym jest kobiecość, gdy walczy na kilku frontach i gdy musi znaleźć kompromisy, by nie odnieść w walkach wielu ran. Na koniec zaś uznać, że wie, czym jest jej podmiotowość, i zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno opowiedzieć o intymności często w cieniu absorbujących i zachłannych mężczyzn – na różne sposoby obcych, na różne sposoby cudzych. „Zapach mężczyzny” będzie zatem o zdobywaniu i posiadaniu. Fragmentów życia oraz tych relacji, w których można było odnaleźć siebie w opozycji. Opisując okres dorastania, fascynacji studiami, żarliwości w pochłanianiu słów i uczenia się szacunku do nich, Pleijel opowie jednocześnie o tych wszystkich mężczyznach swojego życia, którym zawdzięcza fragment swojej kobiecej tożsamości. Od początku jest kimś i pozostanie bardzo odpowiedzialna za swoje poczynania. Wbrew temu, jak żyła matka, gdy nie mogła się odnaleźć po odejściu męża. Mężczyzny, który mógł ją zawłaszczyć zawsze i wszędzie. Na przykład wrócić do jej mieszkania i kochać się z nią, bo miał na to ochotę.

„Zapach mężczyzny” jest opowieścią o zachłanności życia, ale także historią o kobietach, którym mężczyźni odbierają jego smak. Opresyjne relacje stworzone w różnych okresach życia były dla Pleijel okazją do tego, by zaobserwować destrukcyjną rolę męskości w życiu kobiety. Ona na tę rolę nie wyraziła zgody. Kiedy należało, walczyła. Kiedy okoliczności zmuszały do świadomego, choć biernego buntu – asertywnie go okazywała. Nigdy nie pozwoliła sobie na to, by stać się własnością ani odrębną częścią męskiego życia, męskiej świadomości. Opowiada o swoich kochankach z czułością, dystansem, z pewnym rodzajem rozczarowania, ale i z refleksją, którą przyniosło późniejsze życie. Żaden zawłaszczający ją mężczyzna nie miał prawa otrzymać tego, na co miał ochotę. Jak ojciec biorący od matki to, co chce, i wtedy, kiedy chce.

Tytuł funkcjonuje w kilku znaczeniach, egzemplifikując bliskość i będąc synonimem miłości. Ta książka jest bowiem opowieścią o tym, w jaki sposób miłość się definiuje i jak się potem szuka cieni tej definicji, wchodząc w bliskie, ale często toksyczne relacje. Duża jest śmiałość w opowiadaniu o tym, jak relacje damsko-męskie kształtowały ogląd rzeczywistości autorki. Nie unika ona intymnych szczegółów, nie broni się przed opowiadaniem rzeczy trudnych. Mężczyzna jest śladem, po którym czasem podąża się tam, gdzie odnajduje się siebie w opozycji do niego. Mężczyźni Pleijel są jej drogowskazami w takim znaczeniu, że ich słowa oraz gesty uczą zdrowego dystansu. Nabierania pewności siebie i świadomości, że to nie jest jakaś walka płci. To próba zrozumienia inności i różnorodności, ale taka, w której zawarty jest mądry bunt, opozycyjne myślenie. Bohaterka książki jest czujna i jednocześnie niepewna swoich działań. Chce poznać męską różnorodność, więc wchodzi w bardzo różnorodne relacje. Interesuje ją także kategoria męskości w literaturze. Interesuje wszystko, co odmienne i dopełniające charakter, nie ograniczające wspólnego życia.

„Zapach mężczyzny” to także – ponownie po „Wróżbie” – próba świadomego definiowania tego, czym jest pisanie, zapamiętywanie, porządkowanie wspomnień i czułość do detali retrospekcji. „Pisać to pamiętać” – brzmi czytelnie i jednoznacznie. Ale Pleijel podkreśla w innym miejscu, że pisać to także świadomie wiązać, łączyć asocjacje i wydobywać z nich jak najwięcej. Stąd też narastający podziw dla sposobu, w jaki autorka traktuje swoje wspomnienia. Ta książka to nie tylko ich wydobywanie, ale swoiste porządkowanie i hierarchizowanie. Jak daleko można sięgnąć wstecz i w głąb siebie? Odpowiedzi może być kilka. Jedną z nich przynosi konstrukcja tej książki, dziewięć przemyślanych rozdziałów wraz z epilogiem – świadectwem narodzin, przejmującej sceny porodu, jednej z piękniejszych, jakie czytałem w literaturze. Początek staje się końcem. Widzimy, jak autorka dystansuje się od siebie w bezpiecznej trzeciej osobie, ale dostrzeżemy te momenty, w których „ja” musi być narzędziem wyrazu myśli i uczuć, o jakich nie sposób wyrażać się z dystansem. To bardzo odważna, osobista książka. Dająca nadzieję i zachęcająca inne kobiety do porządkowania wspomnień i do wspominania tego, co uczyniło z nich te, którymi są dzisiaj. Agneta Pleijel opowie o trudnej drodze do wewnętrznej wolności, ale także o tym, z jaką czułością i empatią można traktować wszelkie męskie formy egocentryzmu, zagubienia, zadziorności oraz skrywanej bezradności.


PATRONAT MEDIALNY

2017-11-06

„Sen zimowy” Goli Taraghi

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 27 października 2017

Liczba stron: 168

Przekład: Dorota Słapa

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: Wspólnota i samotność

Bardzo się cieszę, że po feminizującym nurcie twórczości Szahrnusz Parsipur polski czytelnik ma okazję poznać irańską prozę portretującą przede wszystkim mężczyzn. Parsipur ukazywała całą gamę emocji i uczuć kobiet, którym nawet w tytule jednej z książek nie dała dostępu do świata mężczyzn. Goli Taraghi także portretuje wyraźne postacie kobiece, ale jej przesycona melancholią i wyjątkowo sugestywnym smutkiem książka opowiada głównie o męskich relacjach. Sen zimowy” jest anatomią rozpadu gromadnego życia. Wspomnieniem o nieco onirycznym charakterze – co sygnalizuje także tytuł tej skromnej, ale pięknej narracji. Taraghi portretuje grupę przyjaciół. Mężczyzn, dla których wartością i siłą była jedność, a którzy nie potrafili odnaleźć się indywidualnie w życiu serwującym im pułapki zagubienia. Irańska pisarka pokazuje interesujący moment przemiany – zbiorowość kwitnąca życiem, ale bardzo zachowawcza i bierna, a tuż obok niej indywidualny los, samotność. Trudno orzec, czy bardziej przejmująca jest pierwszoosobowa narracja tego, który wspomina grupę, czy też trzecioosobowa historia przyjaciół, dla których rozmowy, słowa i nastroje miały znaczenie tylko kolektywnie. W retrospekcjach rozpadają się, by okazać bezradność oraz bezmiar goryczy tego, który żegna swoich przyjaciół. Przejmuje się tym, że życie ludzkie ma w sobie więcej „było” niż „jest”. Szykując się do snu, odczuwa nie tylko chłód zimy, ale i własną bezbronność wobec losu, który kształtowali kiedyś wspólnie.

Oni wszyscy. Zawsze razem, nigdy którykolwiek z osobna. Optymista Hejdari, który często porządkował rzeczywistość mniej rozgarniętym towarzyszom. Mahdawi decydujący się na opuszczenie przyjaciół dla kobiety, wobec której miał ambiwalentny stosunek, nie pojmując jej mocy i jednoczesnej dobroci, nie zawsze zrozumiałej w swych intencjach. Dżalili, któremu pewnego dnia trzeba zamknąć usta. Ten, który zbuntował się wobec ciężaru życia, ale może nigdy do końca go nie zrozumiał. Sentymentalny Haszemi niemogący zrozumieć istoty bliskości z kobietą, a doskonale odnajdujący się wśród przyjaciół, którzy zbudowali wspólnie jedno miejsce, jeden światopogląd, jedną formę postrzegania świata jako czegoś celowego. Anwari, tęskniący za przyjacielem, grzeczny i uczynny, a jednocześnie potwornie zagubiony bez wsparcia Mahdawiego. Mężczyźni u Taraghi są społecznością niezwykle zżytą i jednocześnie niegotową na żadną formę zmiany – zarówno tej w ich relacjach, jak i zmiany świata egzemplifikowanego przez Teheran opuszczony przez jednego z nich. Są wdzięczni za życie, ale w bardzo określonej formie i w określonym kształcie. Jeden z nich jest przekonany, że wystarczy żyć przyzwoicie, by otoczenie się dopasowało i uporządkowało. Jeden uznaje, że w czasach, w których tworzą wspólnotę, nawet oddychanie wydaje się problematyczne. Goli Taraghi w tym męskim świecie solidarności i prostoty dostrzega nie tylko przywiązanie do tradycji i wynikające z niego ograniczenia. Portretuje status tej przyjaźni jako miniony. W jej miejsce nie pojawia się nic, co dawałoby satysfakcję albo poczucie bezpieczeństwa. Samotny narrator tuż przed snem opowiada z czułością o przedmiotach, emocjach, słowach i sytuacjach, które są już dramatycznie minione. Nie do powtórzenia. Nie do przeżywania na nowo w innym, zimnym świecie.

Interesujące są orbity wpływów kobiet, które Taraghi portretuje tutaj kontrastowo. Kobiety okazują się męskimi punktami odniesienia do wszystkiego, czego nie zdefiniowała ich grupowa przyjaźń. Mahdawi czuje, że jego partnerka jest opresyjna, ale to ona pozwala mu wydobyć się z bierności męskiej wspólnoty. Haszemi uznaje swą wybrankę za szczęście życia, prawdopodobnie też jego treść. Bliskość z przyjaciółmi nakreśla ramy rzeczywistości, ale to kobieta zapełni ją treścią. Kobieta u Taraghi to cud i przekleństwo. Istota, której nie docenia się, gdy jest obok, i taka, której utrata okazuje się najbardziej bolesnym doświadczeniem życiowym. Zadać należy pytanie o doświadczenie utraty tego, który wspomina minione zdarzenia, sytuując te narracje gdzieś między celebracją życia a przygniatającym, trudnym do zniesienia jego wymiarem.

„Sen zimowy” to ujmująca poetycką frazą opowieść o tym, jak rozpaczliwie poszukuje się rzeczy na zawsze utraconych. Goli Taraghi w tym utraceniu widzi z jednej strony źródło opresji i nieszczęścia, z drugiej jednak – czas zmiany perspektywy i czas wsłuchiwania się w samego siebie. Irański indywidualizm wydobywa się w bólu ze świata sankcjonowanego przez normy oraz obyczaje grupy. Ta grupa jest silna, ale pozbawiona mocy sprawczej. Przyjmuje świat w najbardziej ograniczonym zakresie, lecz się z nim nie mierzy. Bezradny Anwari w przedziale kolejowym jest doskonałą formą zobrazowania tego, jak mężczyźni z portretowanej grupy potrafią zaginąć, gdy nie stają obok siebie i muszą decydować o tym, co robią i myślą samodzielnie. Taraghi poza poetyckością proponuje nam też wyraźny tragikomiczny ton – choćby wtedy, gdy opisuje wspomnianą podróż Anwariego czy zafrasowanie bliskich skupiających się wokół unieruchomionego i zakneblowanego Dżalilego. „Sen zimowy” w kilku konwencjach portretuje mężczyzn, którzy kiedyś czegoś chcieli wspólnie, ale nigdy nie osiągnęli spełnienia samodzielnie. Nieuchronny upływ czasu, z którym nie może pogodzić się samotnie wspominający przyjaciół narrator, to wszystko, co mogło ich spotkać w przyszłości – niepewność zmian i niezgoda na nie. A jednak zmiany nastąpiły. Goli Taraghi obrazuje, jak bardzo było to bolesne i kto uznał, że życie to mimo wszystko ciąg utrat, a nie zysków.

„Sen zimowy” opowiada o tym, że piękny świat może nieść w sobie wiele smutków i rozczarowań, kiedy wobec jego różnorodności staje się w osamotnieniu. Myślę, iż jest to piękna opowieść nie tylko o utratach, których doświadczamy wspólnie, ale także o niemożności wyjścia poza kontekst uwarunkowań grupowych, o tej bezwzględnej, silnej i rozpaczliwej przynależności do grupy. Czy w takim razie życie w pojedynkę jest nie do zniesienia? Czy łatwiej o bliskość grupową, gdy wyjście poza pogląd społeczności jest czymś niemożliwym? Taraghi dyskretnie sugeruje – w biografiach bohaterów i nakreślaniu kilku kontekstów ich działań – że Iran to taki świat, w którym trzeba zrozumieć samego siebie, ale wygodniej rozumieć społeczność. Przez dostosowanie? Niekoniecznie. Myślę, że irańska pisarka nie socjologizuje, pokazuje jedynie egzystencjalne ryzyko wzięcia na siebie decyzji za to, co się robi i kim się staje. Bardzo przejmująca i różnorodna symbolicznie proza, dzięki której poczujemy Iran i posmakujemy go takiego, jakiego być może już nie ma. To nie będzie jednak powieść z do końca konkretnym adresem geograficznym. Taraghi opowie o tym, jak bardzo jesteśmy ważni dla siebie i jak trudno nam jako ludziom udźwignąć ciężar życia, z którym przecież od początku do końca mierzymy się sami. Zanim zapadniemy w sen. Zimowy.

2017-11-03

„Nieczułość” Martyna Bunda

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 25 października 2017

Liczba stron: 348

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Trudna solidarność

Ten rok domaga się jakiegoś wyraźnego debiutu literackiego. Czy „Nieczułość” jest wyraźna? Jak najbardziej. Czy jest to jednak debiut, wokół którego narośnie legenda? Mam pewne wątpliwości. Martyna Bunda nie wzięła się znikąd. Nie jest nikomu nieznaną postacią, której książkę wydobył redaktor i na fali ekscytacji postanowił upublicznić. Doskonałość językowa tej powieści to pokłosie pracy reporterskiej autorki, ale też niebywałej zręczności w niuansowaniu rozlicznych problemów; takim pisaniu, by było o wszystkim, we właściwych proporcjach, w doskonałej frazie i bez rejestrów emocjonalnych, by ta powieść stała gdzieś obok czytelnika, nie manipulowała nim. Problem „Nieczułości” polega na tym, że jest za doskonała.

Cała konstrukcja przemawia do mnie, ale nie pozostawia tak wyraźnego śladu, jak choćby pisarstwo Ingi Iwasiów czy Joanny Bator, jeśli rozpatrywać temat ujęty przez Bundę ze świeżością, jednak wtórny – opowieści o skomplikowanych relacjach kobiet w kilku pokoleniach dano nam do rozważenia i przeżycia wielokrotnie. „Nieczułość” jest takim wyraźnym rewersem do – szukając czegoś wydanego niedawno – choćby „Kolonii Marusi” Sylwii Zientek, która świadomie operowała niezwykle osobistym tonem opowieści o krzywdzonych i silnych zarazem kobietach. Bunda trzyma dystans i doskonale panuje nad światem przedstawionym. Wykorzystując często konwencję mowy zależnej i eliminując bezpośrednie wypowiedzi swoich bohaterek… czyni je trochę przedmiotami, a nie podmiotami opowieści, która osadza się w bardzo wyraźnych ramach. Pisarka każe nam z jednej strony podziwiać zdystansowanie do opowieści, z drugiej jednak – nie pozwala się tą narracją w pełni zachwycić i silniej ją odebrać. Za doskonała, zbyt misternie przemyślana, nadzwyczajnie dobrze dopasowana do idealnych wzorców narracyjnych. Nieczułość” to bardzo dobra książka, która mnie nie uwiodła. Opowieść o kobietach samotnych, zagubionych, jednocześnie konsekwentnych i niezależnych, które nie potrzebują mojego współczucia ani empatii; którym nic nie mogę dać od siebie i nie jestem w stanie utknąć w jakiejkolwiek formie niedopowiedzenia lub wieloznacznej emocji. Martyna Bunda pokazuje, jak powinno się pisać, i uciera trochę nosa tym sentymentalnym debiutantkom, które myślą, że opowiadanie o emocjach kobiet należy prowadzić tylko poprzez emocje. Wobec takich książek staję czasem bezradny – są doskonałością same w sobie, ale odnoszę wrażenie, że nie potrzebują czytelnika, by się dopełnić. Stąd też duża wstrzemięźliwość wobec zachwytów, skądinąd słusznych – bo to rzeczywiście odkrycie literackie. Podziw i szacunek, ale i dystans, w którym wobec swojej historii autorka pozostawia od samego początku – choćby poprzez dość teatralny prolog.

Trzy siostry i udręczona wojenną przemocą matka funkcjonują od początku jako postacie rozwojowe. Gerta, Truda i Ilda w 1945 roku zakopywały trupy, a potem przez całe życie wzajemne urazy, idiosynkrazje, zadawane sobie rany oraz traumy wynikające ze zderzeń. Wszystkie trzy wraz z matką przez całe życie wzajemnie się uzupełniały w kontrastach i wspierały w gniewie oraz takich formach opresji, które zrozumie czytelnik w kontekście, portretowane kobiety niekoniecznie. Trudna bliskość między opisywanymi przez Bundę kobietami wynika nie z tego, że wydobyły się z jednego miejsca i w sposób różnorodny kontestowały przynależność do niego. One wiedzą doskonale, że przyszło im żyć w tak mrocznych czasach, że krzywdzenie staje się bardziej naturalne niż zrozumienie. Wszystkie wspierają się, jednocześnie dokładając sobie trosk. Wszystkie udowadniają, że życie może być nieznośną udręką, ale obowiązkiem kobiet jest bycie silnymi – także w opozycji do siebie. W tym znaczeniu inteligentny tytuł książki nabiera mocy i wyjątkowo trafnie nakreśla to, o czym narratorka opowie w sposób wyważony, zwracając uwagę na wspomniane w zakończeniu „drobiazgi frapujące i piękne” będące ozdobą, ale i treścią tej powieści.

Gerta zawsze była tą, z której odwagą i bezkompromisowością musiał liczyć się świat. Pochodząca ze wsi, otwierała swoimi kluczami kolejne drzwi, by ujrzeć świat nieco inaczej, mocno się zdziwić i trwać w przekonaniu o tym, że zawsze warto walczyć o swoje. Aby pomóc siostrze, jest gotowa dotrzeć do samego Bieruta. Uporządkuje mikroświat swego męża zegarmistrza, by potem wychować trzy córki w poczuciu porządku, do którego nigdy nie mógł dopasować się jej mężczyzna. Truda lubi się dopasowywać, ale na własnych warunkach. Matka przemodelowała jej życie i skazała na wiele goryczy, kiedy tuż po wojnie przegnała niemieckiego kochanka, z którym Truda – poniżana podczas wojny – mogłaby stworzyć pełen harmonii związek. Dane jej było jednak coś innego. Żyć wspomnieniami tego dobrego Niemca, który się zaopiekował i chciał być blisko, i związać się z kimś, kto blisko jest rzeczywiście. Czy wybór Rudego Jana stanie się słuszny? Truda wejdzie w pozornie sielankowy związek, który potem stanie się opresją. Wychowa dwóch synów – swojego i przybranego. Zawsze pozostanie wierna instynktom i potrzebom, których nie rozumieją siostry. Najmłodszą Ildę najlepiej rozumie chyba matka, choć Ilda będzie wyjątkowa nie tylko dlatego, że będzie jeździć na motorze i zwiąże się z człowiekiem, który przez lata to jej poczucie wyjątkowości skutecznie spacyfikuje. Myślę, że to najciekawsza z bohaterek – choćby z tego względu, że poddaje się szantażom emocjonalnym partnera, a Bunda bardzo dba o to, by w żadnym momencie nie zaszantażować tak czytelnika. Perspektywa Ildy i model jej życia najbardziej sugestywnie nakreślą trudne czasy, w których siostrom było źle razem i jeszcze gorzej osobno, a kategoria męskości ulegała w ich oczach powojennemu odczarowaniu. Mężczyźni okazywali się warci kompromisów, ale co dały związki z nimi?

Rozela tłumaczy trzem córkom, że życie każdej kobiety boli i że dodatkowych boleści może dodać każdy mężczyzna. Dla niej męskość to dzika żądza i trauma naznaczona śladem żelazka na brzuchu. Jej mąż tylko płodził, nadawał imiona córkom i znikał. Rozela postrzega mężczyzn jako tych, którzy zawsze uciekają. Jak niedoszły małżonek matki, który wystawił ją do wiatru przed ołtarzem. Z dużą dozą nieufności spogląda na związki córek. Wspomnianego już Niemca przepędza z domu. Rozela bywa opresyjna dla córek, ale opresyjny jest cały świat wokół. Dziewcza Góra przez chwilę tylko jest enklawą spokoju. Z niej wydobywają się kobiety poszukujące. Jednocześnie bardzo zdeterminowane w działaniach i udowadniające, jak wiele smutku można w sobie nieść na przekór i wbrew życiu.

Martyna Bunda wciąż na nowo sugeruje kolejną perspektywę spojrzenia na losy bohaterek. Także tę portretowaną przez dziewczynki z kolejnego pokolenia, uważne i rezolutne córki Gerty. Nieczułość” portretuje sposób, w jaki ogrom trudnych doświadczeń przekłada się na zacieśnianie więzi i solidarności. W takim znaczeniu Bunda pisze o kobietach, ale jednocześnie o tych wszystkich mężczyznach, którzy w niezgrabny i nieumiejętny sposób odczytują sygnały kobiet, ich potrzeby oraz oczekiwania. „Nieczułość” to też opowieść o niezwykle skomplikowanej polskiej rzeczywistości powojnia i komunizmu, z czytelnym kontekstem społecznym, gdzie kryją się tajemnice ran kobiecych doskonale skrywanych przed światem, wobec którego trzeba być odważnym i czasami porzucić czułość.

2017-10-30

„Rdza” Jakub Małecki

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 27 września 2017

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Uciekając

Bałem się tej książki. Wiedziałem dobrze, jakie historie potrafi serwować Jakub Małecki. Zdawałem sobie sprawę, że ponownie wnika w takie spektrum problemów, w którym czuje się dobrze i które usiłuje wyrazić w inny sposób. Bałem się, że to będzie kolejna książka o opresji i wchodzeniu w stan beznadziejnego zawieszenia między życiem a śmiercią. Że o tej śmierci będzie dużo, bo to nie tyle obsesyjne u Małeckiego, ile za każdym razem kunsztownie inne – umrzeć można przypadkiem, nagle, ale w każdej śmierci jest konfesyjny ton czułości. Tak więc „Rdzę” otwierałem z niepokojem, czy uniosę tę książkę i czy uda mi się z niej wydobyć coś innego, czym Małecki zaskoczy. Można zadać sobie pytanie o to, czy pisarz niuansuje ludzkie cierpienie – i w tym znaczeniu każda jego kolejna książka jest inna, autor nie pisze wciąż tej samej – czy też przechyla się ku niebezpiecznej granicy epatowania tym cierpieniem, a wówczas z całą stanowczością można zarzucić mu wtórność. „Rdza” stawia wiele pytań i potrafi zirytować. Mnogość bohaterów z ich troskami i okaleczonym życiem wewnętrznym staje się momentami nie do zniesienia i każe pytać o celowość takiego zabiegu. Małecki wie, jak rozegrać tę powieść, bo to trochę literacka szarada, trochę symboliczny kalambur, a trochę też rzecz w konwencji serialowej, gdy wypadamy z rozdziału w kluczowym momencie, by na ciąg dalszy chwilę poczekać.

„Rdza” jest uczciwie i zręcznie napisaną opowieścią o ucieczkach albo tendencjach ucieczkowych. O tym, że człowiek nazbyt łatwo chce pozbyć się balastu wspomnień lub rodzinnej traumy, rozumiejąc ucieczkę w bardzo dosłownym sensie. Zmiana miejsca do życia nie zmienia stosunku do niego. Miejsca zabiera się ze sobą w długą podróż. A tutaj tym miejscem stanowiącym pewne opresyjne centrum wszechświata są Chojny – tuż obok miejsca, gdzie w czasie wojny palono ludzi, i obok torów kolejowych, które połączą dwójkę przyjaciół na całe życie. „Rdza” to także historia o tym, jak można żyć, by nie tonąć w rozpaczy wiecznego żałowania. Niby bez happy endu, a jednak inna niż „Dygot” czy „Ślady”. W nowej powieści Małeckiego pojawia się motyw determinacji i konsekwencji w działaniu. One potrafią życie uporządkować, ale też zrujnować. Więcej jest jednak o tych przejawach życia, które czynią je urozmaiconym. Dlatego odetchnąłem z ulgą, bo mimo wszystko Małecki mnie nie przytłoczył i nie stał się wtórny. Potrafi opowiadać historie w wypracowanym, zgrabnym stylu. Umiejętnie nad tym panuje. Zaskakuje czytelnika i mimo wszystko wciąż na nowo mówi coś oryginalnego o ludzkich ułomnościach. Pochyla się nad tymi, którzy nie potrafią ich wyrazić.

Szymkowi kończy się świat, kiedy chłopiec ma siedem lat. Jego babce w tym samym wieku też się skończył, ale na nieco innych zasadach. Tośka i Szymek w tym samym wieku poznali, czym jest życiowy chaos. Ją dopadła wojna i nie pozwoliła przez sześć lat pójść do drugiej klasy. Jego wiadomość o nagłej śmierci rodziców doprowadziła na skraj całkowitej obojętności, bo najpierw straciło sens opiekowanie się królikami, a w szybkim czasie wszystko inne, w tym wzbudzanie w sobie chęci, by cokolwiek w życiu zmienić. Życie jednak nie staje w miejscu i Jakub Małecki portretuje dwie pozornie zupełnie inne od siebie osobowości, które muszą pogodzić się z upływem czasu. Tośka pozostała zamknięta w czasie, w którym poznała kogoś, kto stał się treścią jej życia, nie potrafiąc żyć swoim. Szymek z odejściem rodziców traci tę pewność trwania, pewność codzienności i jej kształtów. Zacznie uciekać, czyli zdobędzie się na coś, na co nigdy nie miała siły Tośka. Tyle że ona doskonale wie, iż sama wyznaczy sobie kres życia, a Szymek rozpaczliwie dusi się w jego pustce i tej ciągłości, która nie może się skończyć.

Perypetie Szymka przypominają trochę te wszystkie chłopackie opowieści, w których siła pięści na przemian z siłą woli porządkują lub degradują rzeczywistość. W tej Szymka więcej miejsca niż dla babki jest dla jego przyjaciela. Budzik robi coś, za co Szymek powinien być wdzięczny. Być może zmusza się do tego, by odwdzięczyć się po latach, ale najciekawsze jest to intensywne „pomiędzy”, albowiem śledzenie relacji obu chłopców wydaje się najciekawsze w tej powieści.

Wprowadzenie kostiumu wojennego z całą grozą umierania i niebezpieczeństw jest już, przyznajmy szczerze, we współczesnej literaturze polskiej chwytem bardzo ogranym. W związku z tym opowieść inicjacyjna, w której Tośka rozpoznaje kolejne pęknięcia i absurdy swojego istnienia, staje się dość statyczna i w pewnych momentach okrutnie przewidywalna. Dużo ciekawsza jest sfera emocji bohaterki, do której mamy ograniczony dostęp, a którą stygmatyzuje relacja z Niewidzialnym Człowiekiem – kochankiem i punktem odniesienia na całe życie, do każdego rodzaju decyzji i działania Tośki. Tej Tośki, która tak jak matka poświęcała więcej czasu kochankowi, a córkę odstawiła na boczny tor. Na tym głównym Szymek i Budzik bawią się metalowymi przedmiotami. Uciekając z nasypu kolejowego, usłyszą w oddali strzał…

U Małeckiego ktoś kompulsywnie chce opuścić Chojny, ale te Chojny do niego wracają. Ktoś całe życie przeżył w wiosce, a okazuje się, że jedna krótka podróż sprzed lat kazała wynieść się mentalnie z miejscowości. Szymek ma więcej możliwości niż Tośka w jego wieku. Czasy się zmieniły, ale ludzkie rozpacz i bezradność pozostały takie same. Małecki dyskretnie sugeruje, że są wartości i emocje, do których można się odnieść jako do czegoś stałego, ale jego bohaterowie są tak przytłoczeni różnymi rodzajami cierpienia, że tylko nieliczni są w stanie przełamać bierność i zwyczajnie stać się panami swego istnienia. Albo śmierci. Bo nie ma jej może tak wiele jak w poprzednich książkach Jakuba Małeckiego, ale śmierć niesie w sobie specyficzne wyzwania dla żyjących. Ktoś umrze, by inny zrozumiał coś w perspektywie, która nigdy nie była dana. Ktoś tęskni i w tęsknocie zapada się w sobie. Ktoś inspiruje się czymś, by wydobyć się z miejsca, w którym tylko się umiera, a przed śmiercią wiedzie przewidywalne, szare życie. „Rdza” to bardzo mądra opowieść o ludzkich decyzjach, ale także o stuporze, który uniemożliwia ich podjęcie. W dużo większym stopniu bohaterowie tej powieści są zdeterminowani, by coś zmienić, niż ci z „Dygotu”. To jednak nie jest narracja ku pokrzepieniu serc. Jest nią w niewielkim stopniu. Nadzieja pojawia się w zasadzie już na końcu, a wcześniej odczytujemy różne odcienie wyobcowania, z którym można sobie radzić tylko w jeden sposób – zbliżyć się do drugiego człowieka.

„Rdza” to historia kobiety, która pokochała tylko jednego nieszczęśliwego człowieka, i dorastającego mężczyzny, któremu dane jest pomóc drugiemu równie nieszczęśliwemu. Jakub Małecki zgrabnie operuje tytułowym słowem, bo rdzę niosą w sobie wszyscy i każdy na swój sposób radzi sobie z jej ciężarem w sobie. Myślę, że autor „Dygotu” konsekwentnie i pełnym przekonaniem opowiada o tych aspektach ludzkiego istnienia, nad którymi wstydzimy się lub krępujemy pochylić z uwagą. „Rdza” to powieść o tym, jak trudno jest ruszyć w świat, i o świecie, który potrafimy zamknąć w sobie, niezdolni do ucieczki, niezdolni do zmiany. W niektórych momentach naprawdę wzrusza i za to wzruszenie jestem autorowi wdzięczny.

2017-10-26

„Dżentelmen w Moskwie” Amor Towles

Wydawca: Znak

Data wydania: 27 września 2017

Liczba stron: 528

Przekład: Anna Gralak

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Rosja przemian

Chyba zacznę od tego, co mi się w tej powieści nie spodobało. „Dżentelmen w Moskwie” to bardzo ambitny projekt, który nieco się rozpada, gdy autor, nie-Rosjanin, pisze o Rosji, tworząc jej wykładnię i analizując rozwój w trakcie trzech ważnych dekad – od rewolucji socjalistycznej międzywojnia przez stalinowski terror po rządy Chruszczowa. Nie twierdzę, że tkankę swojego państwa, tak delikatną i tak skomplikowaną, najlepiej potrafią opisać tylko ci, którzy piszą o Rosji jako jej obywatele i odwołują się do tradycji wielkich powieści XIX stulecia. Uważam jednak, że opowiadanie o tym, w jaki sposób Rosja usiłuje wyrazić się na nowo i usankcjonować zmiany tak boleśnie dotykające obywateli, domaga się pewnej wnikliwości i skoro już we wspomnianej tradycji – a objętość i struktura powieści Towlesa świadczą o tym, że związek jest – chce się ten kraj opowiadać, nie można traktować pewnych tematów powierzchownie. Autor każe nam skupiać się na losach rezolutnego arystokraty, który od początku do końca w swym anachronizmie i dystyngowaniu wzbudza czułość, bo jest po prostu prawym człowiekiem. Widzimy jednak wyraźnie, że Amor Towles chce wejść głębiej i nie do końca mu to wychodzi. Do wnętrza hotelu Metropol, z którego praktycznie nie rusza się hrabia Aleksander Iljicz Rostow, docierają zarówno bolszewicka propaganda, jak i ślady prześladowań oraz innych aktów autodestrukcji w imieniu rozwoju – o tej kwestii zresztą rozmawiają bohaterowie powieści, za mało i w sposób dość oględny. Rosja jest za drzwiami hotelowymi, ale iskrzy i ewoluuje w tym, co przynoszą do Metropolu jego goście, przyjaciele hrabiego. Towles chce z jednej strony zbudować panoramiczną powieść o ideologii, czynie i godności ludzkiej, ale z drugiej – tworzy przede wszystkim ujmującą oraz rzeczywiście chwytającą za serce opowieść o arystokracie z kręgosłupem moralnym, którego zabrakło jego otoczeniu.

Nie twierdzę, że to zła powieść. Ujmuje frazą, lekko się przez nią przedostajemy – coraz głębiej, gdzie jest też coraz bardziej mrocznie. Bo choć ujmują nietuzinkowe poczucie humoru autora i sposób, w jaki odziera z dramatyzmu to, co miałoby przejmować i wywoływać smutek, wciąż jednak od początku do końca jest to rzecz o wyjątkowo paskudnych sprawach – ludzkich oraz tych związanych z tworzeniem nowego państwa. Narzucaniem tego, co należy mówić, myśleć, jak żyć i w czyim imieniu podejmować jakiekolwiek działalności. W tyglu przemian Rostow – człowiek, który jest Rosjaninem z krwi i kości, a w pewnym momencie bezboleśnie odkleja się od rosyjskości. Obserwuje i słucha, ale nie bierze wiele do siebie. Ma wypracowany sposób zasadnych reakcji na zło tego świata, a w otaczających go ludziach chce odnaleźć tylko to, co najlepsze. Czasem jednak musi mieć cierpliwość – jak do kelnera dyletanta, z którego losami sprzęga się czytelna alegoria tego, kto osiąga w Rosji pozycję i szacunek oraz jak bardzo jest to iluzoryczne.

Amor Towles portretuje zderzenie bolszewizmu z indywidualnością. Nowych norm i oczekiwań z archaicznymi formami nakreślania treści i sensu życia. Hrabia Rostow ma wieść życie w hotelu Metropol, bo naraził się władzy pewnym wierszem (którego historia zaskoczy przy lekturze), a w związku z tym jest istotą niewygodną. Zbędną z punktu widzenia świata, który ma zostać stworzony po pierwszej wojnie światowej. Świata równości wszystkich obywateli, w którym arystokratyczne maniery i posiadanie są już czymś, z czego należy albo drwić, albo to odbierać. Tymczasem Towles pokazuje, w jaki sposób można pozostać poczciwym i uczciwym człowiekiem w czasach, które każdemu naginają jego kręgosłup moralny. Hrabia otacza się ludźmi, którym często daleko jest do niego ideologicznie, ale którzy dostrzegają tę szarmanckość, poczucie własnej wartości i jednoczesną uprzejmość. Towar deficytowy w czasach walki o kolektyw, które to czasy kolektyw przede wszystkim zastraszają.

Mamy więc barwną opowieść o indywidualiście, który każdemu się kłania i z każdym chce żyć w zgodzie. Są także ciekawe postacie drugiego planu. Pewna aktorka, którą los zwiąże z hrabią nie tylko po to, by dzielili namiętność. Przyjaciel z młodości, najciekawsza chyba postać powieści, który najpierw uwierzy w idee, a potem zostanie przez nie pożarty. Mindicza poznajemy w momencie, w którym pełen entuzjazmu przyjeżdża zorganizować spotkanie poetów proletariackich i mocno wierzy w to, że Achmatowa czy Mandelsztam dołączą do tego grona. Potem widzimy, w jaki sposób system doświadcza Mindicza, którego związki z literaturą najsubtelniej ukazują ogrom hipokryzji oraz złowieszczą atmosferę zagrożenia wolności słowa – to wszystko prowadzi do smutnego finału. Rostow nie podda się temu smutkowi. Sprawi się dobrze w roli kelnera, kochanka, także ojca pozostawionej pod jego opieką dziewczynki. Wyjdzie z twarzą z każdej trudnej sytuacji. Jednocześnie wciąż tkwić będzie uwięziony w Metropolu i w czasach, z których się nie wydobył – mentalnie i emocjonalnie. Czyta „Próby” Montaigne’a, potrafi patriotycznie bronić zasług Rosji przed Niemcem, zaprzyjaźnia się z Amerykaninem i umie z lekkością oraz wyjątkową pogodą ducha przechodzić przez kolejne etapy drapieżnych zmian rosyjskich. Tych, które pochłaniają ludzkie istnienia, ale którym nie jest dany dostęp do świadomości hrabiego Rostowa.

W gruncie rzeczy to bardzo ciekawa książka, dość odważna i zmuszająca do różnego rodzaju przemyśleń. Panoramiczna opowieść o ludzkich niepokojach oraz problemie jednostki dającej się łatwo wmanewrować w narzucony pogląd o kształcie przyszłości. W lekko przesłodzonej konwencji, która jest jak najbardziej zamierzona – albo zamierzona we fragmentach. Tak naprawdę to opowieść o ludziach poszukujących przestrzeni, w której wyrażą się naprawdę. I wolności wewnętrznej, która jest w Rosji towarem deficytowym, a może też przywilejem danym nielicznym. Rostowowi na pewno. Towles skutecznie przykuje uwagę i pozwoli na odbycie podróży do czasu, w którym nikt nie chciałby się chyba znaleźć. Każdy chciałby mieć za przyjaciela tytułowego dżentelmena. Bo warto być przyzwoitym nawet wówczas, gdy trzeba niekiedy dopasować się do czasu i miejsca, które nie znają pojęcia przyzwoitości. Hrabia jest takim trochę rosyjskim Robinsonem, który w każdej trudnej sytuacji jest w stanie odnaleźć pozytywy i przekonać do tego innych. Wchodzi w bliskie relacje z ludźmi, którzy prawdopodobnie nie stworzyli podobnych z nikim innym. Zachwyca i inspiruje. To nie jest jednak powieść jednej postaci. Niezbyt dosadnie zarysowani bohaterowie drugiego planu chwilami grają u Towlesa pierwsze skrzypce, ale zawsze, nazbyt często, skryci są w blasku Rostowa. Co może być zaletą, ale także wadą tej książki. Z pewnością wartej bliższego poznania.