Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-08-19

Sznurówki” Domenico Starnone

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 208

Przekład: Stanisław Kasprzysiak

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Między nimi

Od współczesnych narracji obrazujących kryzysy małżeńskie nie oczekuję już naturalistycznego nerwu Augusta Strindberga, ale żywię przekonanie, że temat tak mocno wyeksploatowany literacko należy przekazać w sposób zasadniczo dynamiczny. Krócej – w opowieści o piekle małżeństwa chcę czuć żar tego piekła i ma mnie on solidnie sparzyć. Powieść Domenica Starnone jest przede wszystkim letnia. Mało przekonująca i dość wtórna. Posługująca się  prostym schematem ukazywania z różnych perspektyw tego samego cierpienia i zmuszająca do dystansu już od samego początku, kiedy czytamy listy porzuconej żony zmagającej się z utratą, walczącej ze sobą – między gniewem a rozczarowaniem, między niepewnością a rozgoryczeniem. Adresat listów podejmie się prób tłumaczenia ze swego zachowania, a trzecia część to nazbyt już oczywiste podsumowanie zaprezentowanej psychodramy oczyma tych, którzy wchłonęli z niej najwięcej tego, co najgorsze.

Starnone – jeśli już uznać, że opowiada ciekawą historię – bardzo interesująco portretuje obyczajowość włoską, w której spojrzenie na instytucję małżeństwa zmieniało się, pozostawiając zgliszcza emocjonalne zwykle po tej kobiecej, bardziej pokrzywdzonej stronie. Punktowana jedynie historia rodziców głównego bohatera to powojenny schemat rodziny, w której sankcjonowane jest to, że mężczyzna to tyran, kobieta cierpi w milczeniu i znosi wszelkie niedogodności w pokorze, bo takie są rola i status w małżeństwie. To schemat włoskiego powojennego związku, którego mroczne oblicze zabiera w dorosłe życie syn. Ten syn, który w latach siedemdziesiątych będzie starał się udowodnić, że kostyczny schemat funkcjonuje już inaczej. Żona wprawdzie nadal jest uzależniona finansowo od męża i dość mu podległa, ale oboje mają możliwości oraz narzędzia, by walczyć o własną wolność. Tu mamy do czynienia ze zdradą i jej skutkami, ale takie odczytywanie „Sznurówek” to mało zręczna próba oswojenia tego, co Starnone usiłuje przekazać, portretując ewolucję małżeńskiego modelu. On jest gotów odejść, by stanowić o sobie. Ona – mimo żalu i goryczy – zdobywa się na to, aby utrzymać spójność rodziny, zadbać o dzieci, szanować siebie w nowej roli i jednocześnie poszukiwać odpowiedzi na dręczące ją pytania. To, co potem robi on, jest już inną kwestią. Małżeństwo okazuje się związkiem, w którym rysy można uwypuklić, a żal w jakiś sposób przeanalizować wewnętrznie. Trzecie pokolenie, syn głównego bohatera, prezentuje już lekkomyślną modę na związki tworzone z wygody i dla zapewnienia sobie czasowej przestrzeni swobody. Jego dzieci i poszczególne kobiety, z którymi spłodził potomków, to świadectwa pewnej atomizacji. Związki nie mają już silnych struktur. Mogą być jednak tak samo toksyczne. W tym znaczeniu „Sznurówki” są interesującą powieścią o przemianach we włoskiej obyczajowości i uniwersalnym ugrzęźnięciu w rachunkach wzajemnych krzywd, które zawsze są te same i niczego nie zmieniamy, zmieniając odbiór instytucji małżeństwa.

To wszystko, co Domenico Starnone ma ciekawego do powiedzenia. Reszta to zbiór literackich klisz i powieść tonąca w truizmach być może dlatego, że stawia na narracje, a nie dialogi. Aldo postanawia uwolnić się od toksycznej żony. Kobiety, która kontrolowała jego życie i swą pokrętną logikę konfrontowała z nienazwaną głośno sferą uczuć mężczyzny. Aldo wie, że związek z Vandą to tylko złudzenie. Chce rozbić fasadowość tego, co stworzyli wspólnie w młodym wieku, ale nie jest gotowy na szantaże emocjonalne. Pyta sam siebie – na wygnaniu – o sens swojego życia i o własną tożsamość. Otrzymujemy opowieść o boleści kwestionowania męskości w kilku różnych rolach społecznych. Niezależnie myślący mężczyzna, który podejmuje być może pierwsze w życiu odważne decyzje, musi zmierzyć się jednak z małostkowością żony. Z tym, że na pewnym etapie życia to ona go zdefiniowała. Są przecież jeszcze dzieci. Gotowość do kompromisów to jedno, ale co przeżywają te dwie dorastające istoty i jak patrzą na konflikt rodziców?

Przyglądamy się małżeństwu po wielu latach, kiedy emocje okrzepły, a ślad po prawdziwej miłości Alda to już tylko sfera jego prywatnych fantazji. Ktoś demoluje mieszkanie, gdy Aldo i Vanda przebywają na urlopie. Rozsypany porządek domu, budowany głównie przez Vandę, staje się okazją do wiwisekcji dusz tak bardzo od siebie oddalonych. Tu Starnone sugestywnie teatralizuje i każe nam rozważyć wszystko, co mówią i myślą bohaterowie. Sznurówki” mogłyby manipulować czytelnikiem, ale tego nie robią. Spośród stwierdzeń wyłaniają się przede wszystkim pytania – często oczywiste i retoryczne. Ogrom cierpienia skonfrontowany jest z rzeczywistym chaosem, który wdarł się do mieszczańskiego domu, gdzie Aldo zawsze ulegał Vandzie, a dzieci z czasem przejęły jej perspektywę skrzywdzonej. Pośród bałaganu, symbolicznych ruin, odbędzie się kulminacyjne zderzenie. Tak się myśli, ale włoski autor ma w zanadrzu pozornie interesującą trzecią część. Warto zgrabnie zamknąć temat w formie tryptyku, jednak niewiele z tego, co dzieje się w zakończeniu, może być odkrywcze. Nawet dzieci jest dwójka, by solidnie i czytelnie podzielić rozkład traum i sposób, w jaki odbijają się one na dalszym życiu kolejnego pokolenia.

Domenico Starnone w mało odkrywczy i niewiele nowego mówiący sposób opowiada o tym, jak małżeństwo staje się przestrzenią – tu słowa bohatera – „uczuciowego ubóstwa”. Stara się udowodnić, że pod przykrywką stabilności i wypracowanych nawyków życia wciąż kumulują się emocje. Nie stara się ich ze sobą skonfrontować, lecz pozostawia osobne perspektywy do przemyślenia czytelnikowi. W jego toksycznym domu i wypalonym emocjonalnie małżeństwie nic nie jest już zagadką, wszystko w przewidywalny sposób brnie ku oczywistemu zakończeniu. Nie chodzi o to, że nie ma jakiegoś przełomu, momentu duchowego oczyszczenia, zazębienia konfliktowych racji czy nadmiernego tragizowania. Chodzi o to, że wszystko toczy się po jakimś dobrze każdemu znanym torze. Że przemyślenia bohaterów trącą banalnością. Że oni sami w swych osobnych cierpieniach są trochę fasadowi i nie ma tu dramatu z krwi i kości, nie ma uniesień emocjonalnych na miarę dobrze skrojonej powieści o tym, dlaczego tak wiele złego robimy sobie w związkach. Starnone nie opowiada po prostu historii, która zapada w pamięć. Opowiada o lęku i dominacji, potrzebie dopasowania się i ustalania ram wspólnego życia. Portretuje w gruncie rzeczy bardzo przeciętne małżeństwo z dość przeciętnymi problemami. Językowo także nie jest to powieść, która mogłaby zaintrygować. Parafrazując Tołstoja, można na koniec rzec, że nieszczęśliwa rodzina ze „Sznurówek” jest nieszczęśliwa wtórnie. Na swój sposób próbuje tę wtórność tylko wyrazić. Mnie ta historia niczego nie nauczyła, nie skłoniła do żadnych twórczych przemyśleń ani nie kazała się podziwiać. Ot, powieść o ludzkim piekle, z której nie wydobywa się ani odrobina żaru…

2017-08-17

„Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe” Marta Rysa

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 3 sierpnia 2017

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Metraże i opowieści

Kryminałki mieszkaniowe Marty Rysy należy czytać jako uzupełnienie świetnego reportażu Filipa Springera „13 pięter”, w którym autor – analizując problemy mieszkaniowe Polaków – trochę po macoszemu potraktował kurioza dzisiejszego rynku nieruchomości oglądanego przez pryzmat kogoś, kto chce coś wynająć lub kupić. Marta Rysa jest pełna determinacji. Jednocześnie świadoma tego, gdzie i w jakich warunkach chce mieszkać. Z tego połączenia powstaje trzydzieści pięć krótkich opowieści ze specyficznym apendyksem, które tworzą socjologiczny fresk mówiący nie tyle o stanie lokali oferowanych pod wynajem, ile przede wszystkim o pejzażu emocjonalnym oraz mentalnym zarówno wynajmujących, jak i żyjących z wynajmowania, czyli agentów nieruchomości. „Upiór w bloku” to książka komiczna i tragiczna. Napisana przede wszystkim dla wspomnianych agentów i głównie o nich, ale w żaden sposób nie rozstrzyga, czy ludzie ci to wyjątkowi hipokryci i hochsztaplerzy, czy może specyficzni wyrobnicy równie specyficznego rynku pracy. Książka Rysy przeznaczona jest dla tych, którzy przeżyli gehennę wynajmu kuriozalnych miejsc, i dla tych, którzy – od niedawna na nowych, trudniejszych warunkach – przymierzają się do tego, by kupić własne mieszkanie. To jednak przede wszystkim rzecz o ludzkich przypadłościach – wyobraźni, pragnieniach, labilności emocjonalnej, o potrzebie zwierzania się ze swego życia i sztuczkach maskujących zwyczajną chęć zyskania na kiepskim dla kupującego interesie.

Agenci nieruchomości zakładają, że każdy metraż, który jest zwieńczony dachem, można wynająć. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zdobędzie się na heroiczny akt wzięcia w posiadanie przestrzeni wymagającej wielu kompromisów, by po prostu w niej mieszkać. Marta Rysa nie obrazuje agentów z niechęcią czy niemaskowaną ironią. Nie. Są opowieści, w których jest dla nich czulsza bardziej niż wobec bliskich sobie ludzi. Obserwujemy, z jaką precyzją potrafią odbarwiać to, co szare, i zachwalać to, co domagałoby się tylko krytyki. Są przy tym bardzo elastyczni, rzutcy i przekonani o spełnianiu pewnej misji społecznej. Zaczarują słowem niezdecydowanego klienta i przekonają go, że oglądany koszmarek mieszkaniowy jest szczytem jego marzeń. Ten sam klient traci status i podmiotowość, gdy zaczyna się wahać albo dawać do zrozumienia, że nie jest finansowo pewnym kontrahentem. Marta Rysa stoi obok stróżów poprawności mieszkaniowej i przysłuchuje się ich ekwilibrystyce słownej. Zawodowi kłamcy? Entuzjaści potrafiący grać role życia, kiedy dany metraż trzeba koniecznie komuś upchnąć? Co tkwi za fasadowymi obliczami ludzi dzierżących czarne teczki i skłonnych ruinę uznać za przejaw artyzmu albo modnej dekadencji?

Agenci nieruchomości nie przyciągają jednak takiej uwagi jak ludzie oferujący mieszkania. Ba, można by powiedzieć, że w tych opowieściach wcale lokum nie jest istotne. Stanowi szare tło dla niezwykłości swego właściciela. Kuriozalność mieszkań opiera się na tych, którzy chcą je wydać w dobre ręce. Czasami uwagę autorki przykuwa twarz, czasem element garderoby – jak skarpeta, poza którą nie widać już niczego w mieszkaniu. Marta Rysa wykazuje się uważnością w obserwacji tych, dla których wynajęcie mieszkania nierzadko związane jest z jakąś ważną życiową historią. Same mieszkania są ich uzupełnieniami. To skanseny przeszłości, której ślady należy celebrować. Wynajem na rynku wtórnym to nierzadkie pułapki, pośród których najbardziej mroczną może być duchowa obecność zmarłej mamusi niezadowolonej zapewne z faktu, że ktoś zajmie jej cztery ściany. Ale ludzie w mieszkaniach mających stanowić początek szczęścia i nowej drogi życia bywają zaskakujący w swoich słowach i decyzjach. Na przykład wtedy, gdy dowiadujemy się, że cała rozmowa w mieszkaniu rzekomo przeznaczonym dla nowego lokatora jest jedynie „badaniem rynku”. Rynek zaś wykształcił latami takie możliwości, że właściciel mieszkania i agent odpowiedzialny za jego wynajęcie to para stojących ponad prawem, która może narzucać innym swoje reguły gry – nawet te najbardziej absurdalne.

Historie opowiadane przez wynajmujących pomagają czasami nadać pustce charakter, ale Marta Rysa uważnie obserwuje także to, co wokół autorów kwiecistych przemów. A mieszkania mogą zaskakiwać! Tym, że na przykład ich jeszcze nie ma pod wskazanym adresem. Mogą terroryzować mnogością roślin albo kotem jako elementami dodatkowymi. Można też umawiać się… i zorientować, że wynajmujący czeka w innym mieście. Albo od samego początku mieć świadomość, że skoncentrowane powierzchnie kryją w sobie niejedną mroczną tajemnicę zabudowy. Jacy ludzie, takie mieszkania – śmiałe, z bliżej nieokreślonym charakterem. Niektóre na dziesiątym piętrze bez działającej windy. Inne bardzo enigmatyczne, bo przecież wystarczy pokazać fasadę domu, by wynajmujący wziął w ciemno jego zawartość.

Marta Rysa opowiada o tym, co czeka każdego młodego Polaka na pewnym etapie jego życia. O niepewności naznaczonej wiarą w to, że idealne mieszkanie na pewno gdzieś istnieje. Czy aby na pewno? Ta książka może być źródłem rozrywki i można ją traktować jak dowcipną opowieść o niezdobyciu. Tyle tylko, że śmiać można się do pewnego momentu. Kuriozalne sytuacje, absurdalne dialogi, niebywałe wręcz zaklinanie rzeczywistości przez agentów, którzy widzą coś zupełnie innego niż klient – to wszystko jest mrocznym zapisem czasów, w których wynajęcie mieszkania to wynik sprytu i obopólnych ustępstw, ale częściej efekt manipulacji i zrobienie dobrego interesu na naiwnym wynajmującym. Choć jest to narracja o metrach kwadratowych, najważniejsi są w niej ludzie. Zabawni, straszni, trochę abstrakcyjni, przykuwający uwagę czy co najmniej specyficzni – jak cwany kamienicznik lub dama ze spółdzielni mieszkaniowej. W te metry kwadratowe wpisane są ludzkie historie, ale także swego rodzaju niepewność. Tego, który waha się wynająć, i tego, który jest przekonany, iż wynajmujący widzi mieszkanie jego oczyma. Z tych zderzeń wynikają różne dziwne sytuacje. Marta Rysa – dzielnie szukając zwyczajnie dobrego lokum – proponuje nam trzydzieści pięć historii niczym stacje specyficznej drogi krzyżowej. „Upiór w bloku” to książka o trudzie ustatkowania się w danym metrażu i o tym, jak bardzo jesteśmy różnorodni. Jak potrafimy się zwodzić, zbliżać do siebie, zaskakiwać i bawić.

2017-08-15

„Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego” Brendan I. Koerner

Wydawca: Czarne

Data wydania: 2 sierpnia 2017

Liczba stron: 344

Przekład: Barbara Gadomska

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Podniebne historie

Dużo bardziej przykuwają moją uwagę reportaże, w których spis bibliograficzny to nie setki analizowanych książek, lecz informacje o równie licznych… rozmowach z ludźmi. Tak, Brendanowi I. Koernerowi udało się stworzyć pasjonującą literaturę faktu w oparciu przede wszystkim o to, co mówili jego bohaterowie. A tych jest zasadniczo dwóch i pewna zbiorowość. Dlaczego? Bo „Niebo jest nasze” to właściwie dwa reportaże w jednym. Pierwszy obrazuje parę śmiałków, którzy porwali amerykański samolot i przenieśli się w nim do Algierii, która zaoferowała im azyl. Tu narracja przypomina scenariusz filmu sensacyjnego, a dotyczy dwójki młodych Amerykanów, których frustracje i chęć zmian w życiu były motorem napędowym do najbardziej spektakularnego porwania w historii amerykańskiego piractwa lotniczego. O jego genezie i istocie opowiada ten drugi reportaż. Koerner obrazuje, jak w latach sześćdziesiątych i w początku siedemdziesiątych ubiegłego stulecia porwania samolotów stały się okazją do wyrażenia frustracji, rozgoryczenia, poczucia wyobcowania i pominięcia przez USA. Dowiemy się, w jaki sposób manifestowano – niewygodne dla władz – potrzeby pożegnania się z opresyjnym systemem, w którym nie chciano dłużej być Amerykanami. Dwójka z pierwszej historii chciała zrobić coś wyjątkowego. Dzieliła ich różnica dwóch lat, łączyło poczucie niedopasowania do świata. Tego amerykańskiego, który zachwycony możliwościami, jakie dawało lotnictwo cywilne, tak wiele lat i z tak dziwnym uporem bronił się przed wprowadzeniem procedur bezpieczeństwa, które dzisiaj są dla wszystkich normą.

„Niebo jest nasze” to opowieść o porwanych samolotach napisana długo po tym, gdy cały świat ujrzał tragiczne skutki 11 września 2001 roku i uświadomił sobie, że dotychczasowe przekonanie, iż porwani na pokładzie pasażerowie są jakąkolwiek kartą przetargową między państwem a porywaczem, nie znaczy już nic. Amerykanie – po swych traumatycznych doświadczeniach z uprowadzonymi samolotami śmierci z 2001 roku – z pewnością sięgali po Koernera z dużym zainteresowaniem. Autor nie tylko obrazuje pewien okres, w którym piractwo powietrzne było na tyle modne, że zaczęto je nazywać plagą. On przede wszystkim punktuje, z jakich powodów dochodziło do podniebnych aktów przemocy, jaki miały przebieg i jaką genezę. Jednocześnie zaś portretuje Cathy Kerkow i Rogera Holdera – parę decydującą się na przełamanie schematu dotychczasowych porwań. W ich historii ważna jest kwestia mitotwórczości ich dokonań. Czy Kerkow i Holder to zwyczajni przestępcy gotowi poświęcić życie innych w imię prywatnych interesów? A może para będąca symbolem oporu? Ona ze swą lekkomyślnością hipisa i on naznaczony wojennymi traumami wietnamskimi? Koerner świetnie niuansuje ogólny i szczegółowy ogląd przedstawianych historii. Wydobywa parę porywaczy z pewnych kontekstów i dba jednocześnie, żeby były one wyraźnie nakreślone. Także ze wszystkimi absurdami czasów, gdy porwanie samolotu nie było wielkim wyczynem. „Niebo jest nasze” to przecież reportaż niepozbawiony przewrotnego poczucia humoru, a autor nie pisze tylko o sprawach śmiertelnie poważnych.

Dużo śmierci i umierania na kartach tej książki, ale to przede wszystkim śmierci na życzenie. Nikt nie litował się nad zastrzelonymi porywaczami samolotów. Nikt – od linii lotniczych po rząd Nixona – nie chciał też przez długi czas zasadniczo niczego zrobić, by akty porwań przestały się powtarzać. Koerner opowiada o pewnych kuriozalnych faktach, zamierzeniach, działaniach i planach. Zapisy prawne z 1958 roku de facto uznawały, że przejęcie kontroli nad samolotem pasażerskim nie jest przestępstwem. Porwania stały się czymś, co jest na stałe wpisane w ryzyko lotu – dla amerykańskich członków załogi oraz pasażerów, zazwyczaj dość szybko i sprawnie uwalnianych. Ta książka to opowieść o tym, jak skomplikowana była droga do sankcjonowania zabezpieczeń w lotnictwie cywilnym. Zapadają w pamięć propozycje ubezpieczeń na wypadek porwania albo pomysł zakładania pasażerom rękawic bokserskich, by nikt nie mógł utrzymać w dłoniach broni. Tę wnoszono na pokład bezproblemowo i bardzo łatwo. W latach 1961-1972 – jakkolwiek absurdalnie to brzmi – porywacze przechwycili na amerykańskim niebie 159 samolotów! Częstym kierunkiem porwań okazała się Kuba. Zawsze za tego typu aktem stała desperacja wywołana latami frustracji. Amerykanie pokrzywdzeni przez system stawali się w przestrzeni powietrznej bohaterami. Tragicznymi i przegranymi, ale jednak pewnymi mrocznymi celebrytami. Większość przegrywała i pogrążała się albo traciła życie. Cathy Kerkow i Roger Holder stali się wyjątkowymi porywaczami. Czy równie wyjątkowe były motywy, dla których zdobyli się na tak popularny w latach siedemdziesiątych XX wieku akt desperacji?

Brendan I. Koerner drobiazgowo analizuje życiorysy obojga, niekoniecznie tłumacząc takie, a nie inne decyzje, które podjęli wspólnie potem. Punktuje te momenty życia młodych ludzi, które zdecydowały o tym, iż podjęli się wspólnie szaleńczego kroku. Dużo bardziej labilny emocjonalnie Holder to taki spiritus movens tej historii, ale narastające wokół Kerkow wątpliwości i ją czynią bohaterką przykuwającą uwagę czytającego. „Niebo jest nasze” opowiada o specyficznym związku ludzi zdeterminowanych, by walczyć o lepsze życie. Być może inaczej niż opisywani w tle frustraci, którzy zazwyczaj kończyli tragicznie swą przygodę z podniebnym piractwem. Kerkow i Holder to pewien symbol przypadkowych bohaterów, nad którymi zaciążą ideologia, międzynarodowe układy, socjologiczne pułapki umiejscawiania w jakimś konkretnym punkcie tożsamości tych, co zdecydowali się uprowadzić samolot za ocean. Autor szuka w opowieści o terrorze pewnych czułych punktów mówiących o tym, kim ta dwójka porywaczy była naprawdę, a kim została stworzona przez przekaz medialny oraz politykę. Widzimy więc, że Koerner opowiada o pewnym groteskowym i specyficznym fragmencie amerykańskiej przestępczości sprzed lat, ale osadza go w czymś dosadnie przygnębiającym – w emocjach i socjologicznym uwikłaniu w obłęd tych, którzy zdecydowali się przejmować stery samolotów.

To też ciekawe studium ludzkiej uległości wobec przemocy. Opowieść o społeczności przez wiele lat sankcjonującej pokorne pochylanie głowy, wykonywanie rozkazów porywaczy. To również rozprawa z amerykańskimi lukami prawnymi czasów Nixona i ideologizacją prawa z okresu rządów Cartera. Ostatecznie każdy z nas poddaje się dzisiaj bez żadnych protestów skomplikowanej procedurze bezpieczeństwa przed każdym z lotów. Koerner opowiada nie tylko o tym, dlaczego to robimy, ale również o zupełnie innej formie bierności. O absurdach prawnych, o wadach i pułapkach amerykańskiej administracji prawnej oraz o tym, kim jesteśmy w swoich dążeniach do zaspokajania potrzeb. Intrygujące studium ludzi i jednostek. Książka, którą warto wziąć w tak bezpieczną dzisiaj podróż podniebną.

2017-08-12

„Zulejka otwiera oczy” Guzel Jachina

Wydawca: Noir sur Blanc

Data wydania: 17 sierpnia 2017

Liczba stron: 464

Przekład: Henryk Chłystowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Opresja i przetrwanie

Ta powieść urzekła mnie całkowicie. To debiut, jakże niesamowity! Nawiązuje do doskonałej tradycji realistycznej powieści rosyjskiej z XIX i XX wieku i przypomina mi o tym, że literackie dobra ZSRR i Rosji to jednak coś najcenniejszego, z czym można obcować przez lata. Guzel Jachina zachwyca nie tylko ogromną wrażliwością, szeroką wielopłaszczyznowością swojej fabuły, pomysłem na powieść inicjacyjną o zdobywaniu przez kobietę niezależności i rozumieniu własnej tożsamości. To nie tylko wielka rzecz o potwornych czasach – o stalinowskich eksperymentach społecznych, potężnej sile indoktrynacji, o nieliczeniu się państwa z obywatelem i o wiecznej wędrówce z niewiadomym celem, pośród cierpienia i głodu. „Zulejka otwiera oczy” to przede wszystkim literacki zapis zderzania się dwóch kultur – rosyjskiej i tatarskiej. Osadzając akcję opowieści w kilku dekadach wyjątkowo mrocznej przeszłości, Jachina pokazuje momenty zetknięcia obu kultur, ich wzajemne zdziwienia, portretuje idiosynkrazje i ostatecznie – w losach bohaterów – wypracowuje przestrzeń porozumienia.

Tak, to bardzo dobra powieść. Powieść „z krwi i kości”. Taka, którą po prostu się chłonie, gdy ma się dosyć wszelkich eksperymentów formalnych – unikania wielkich liter czy tradycyjnych zapisów dialogów, a w warstwie ideologicznej nowatorskiego rozpasania, które prowadzi do tego, że opowiada się o wszystkim i o niczym. Jachina kreśli bardzo konkretną, choć wielowątkową historię. Tworzy naprawdę żywych bohaterów – z różnych grup społecznych, a tak samo wykorzystanych i oszukanych przez system. Niezwykła wrażliwość pisarki polega również na tym, że pośród plastycznych opisów i głęboko ujmujących portretów psychologicznych nie pojawia się żadna jednoznaczna ocena czasów, w których trzeba było walczyć o przetrwanie. Muzułmańska chłopka jest początkowo bezpodmiotowa, nie istnieje bez męża, ustanowionego przez tradycję życia i religijnych wierzeń. Staje się najpierw kułaczką, potem kołchoźnicą, doświadcza innych form życia, ale przede wszystkim stale o nie walczy. To, w jaki sposób bohaterka powieści symbolicznie otwiera oczy, jest jednocześnie narracją o tym, jak bardzo musimy być przywiązani do przetrwania, kiedy system podległości, represji i kar odbiera życiu znaczenie na wiele sposobów i w każdym jego wymiarze.

Zulejka żyje w rytmie porządkowanym przez domowe obowiązki, oddanie mężowi i opiekę nad nienawidzącą jej teściową, Wiedźmą. Pierwszy, niezwykle sugestywny rozdział obrazuje jeden dzień z życia bohaterki, w którym widzimy tę jej tragiczną podległość, pewność prostego porządku świata i jednoczesną zgodę na to, by być istotą potrzebną w bardzo określonym wymiarze. Jako kobieta usługująca mężowi. Już nie jako matka, bo w tej roli się nie sprawdziła, rodząc i żegnając od razu wszystkie cztery córki. Zulejka jest istotą osamotnioną, która poszukuje bliskości boga, wierzy w okoliczne duchy, drży przed onirycznymi przepowiedniami Wiedźmy i dziękuje za męża. Silnego, rosłego. Takiego, który nie bije zbyt mocno. Który potrafi dostrzec w niej istotę do czegokolwiek potrzebną. Zulejka nie myśli, nie analizuje. Ona otrzymuje polecenia do wykonania. Wprawna w uległości, byciu niewidzialnym tłem. Tuż obok swego pana życia, dla którego centrum istnienia jest starzejąca się matka. Zulejka to symbol naznaczonej przemocą i przesądami kobiety, która nie pozwala sobie na jakąkolwiek samodzielność. Co zrobi, gdy pewnego dnia jej mąż zostanie zabity, a zabójca każe jej ruszyć ze sobą w drogę – taką, z której nie będzie już odwrotu?

Jachina portretuje mroczną codzienność chłopki, dla której podległość jest stanem naturalnym. Zulejka nie bierze z życia nic dla siebie, bo życie to ma być posługa mężowi i dbanie o rodzinną stabilizację. Nie ma jej w momencie, w którym władza każe oddawać prywatne dobra. Zulejka widzi, że świat zewnętrzny brutalnie ingeruje w ich wiejską harmonię. Murtaza – wielki i silny mąż – pada nieżywy i nic już potem nie będzie takie, jakie było. Zulejka jako podejrzany element rusza w podróż w głąb Związku Radzieckiego. Otworzy oczy na zmiany, ale zestawi je tylko z tym, co do tej pory przeżywała. Skomplikuje się jej widzenie mnogości nowych doznań, gdy zabójca męża stanie się wybawcą, a potem będzie obok niej w innej roli. Ale wtedy i Zulejka będzie inna. Pozbawiona wstydu, wyrzutów sumienia i dzielnie odrzucająca system opresji egzemplifikowany przez powracające do niej widmo Wiedźmy.

Obok chłopki wydobytej ze wszystkiego, co stanowiło sens i treść jej życia, Jachina stawia młodego Iwana Ignatowa. Jego historia może być przez chwilę dużo ciekawsza. Ignatow pała miłością do ojczyzny i jest absolutnie przekonany o tym, że wszystko, co dla niej robi, jest słuszne i potrzebne. Zulejka jawi mu się jako głupia i oddana mężczyźnie kobieta, która nigdy nie będzie w stanie w pełni o sobie decydować. Ignatow także nie decyduje, on wykonuje rozkazy. Ruszając w podróż, uświadomi sobie to samo co Zulejka – został przez kogoś i coś wyraźnie oszukany. Ramy świata zostały nakreślone w fałszywy sposób. Ignatow – choć oprawca – to też ofiara systemu. W czasach portretowanych w powieści każdy był ofiarą, lecz nie każdy zdawał sobie z tego sprawę. Można było uciec w swoistą emigrację wewnętrzną jak kolejny ważny bohater książki – Wolf Karłowicz Leibe. Jego też – przez hipokryzję służącej – dotknie stygmat podróży i nowej formy doświadczania świata, ale Leibe jest interesujący przede wszystkim dlatego, że rodzi się na nowo, przyjmując poród Zulejki. Ta kapitalna scena uzmysławia nam, że każda nowa forma życia walczy z systemem opresji i umacnia się wbrew niemu. Leibe miał być tylko nieszkodliwym wariatem. Zulejka nigdy niespełnioną matką. Ignatowa miały czekać nagrody i splendor. Wszyscy trafiają do miejsca, w którym będą musieli przewartościować to, w co wierzyli. A każde z nich wierzyło w co innego.

Guzel Jachina opowiada o szalonej wierze w budowę potęgi państwa opartej na przemocy i ludzkiej krzywdzie. Świetlana przyszłość w mroku okrucieństw okazuje się mirażem, a oszukani i ograbieni bohaterowie – cieniami samych siebie zmuszonymi do tego, by podjąć ostateczną walkę o przetrwanie. „Zulejka otwiera oczy” to nie tylko powieść z feministycznym sznytem, nie tylko narracja z lekka publicyzująca i starająca się oddać strukturę fałszu, w którym zanikają i rodzą się na nowo bliskie relacje międzyludzkie. Jachina opowiada o nadziei i tożsamości w czasach, w których nie było miejsca na jedno ani na drugie. Nie portretuje nam czegoś, czego nie znalibyśmy z historycznych przekazów. Nie stara się w żaden sposób wyjść poza to, co znane i oswojone dzięki źródłom historycznym. A jednak oferuje prozę, która nowatorsko definiuje śmierć, głód, przerażenie czy deficyt miłości. To książka o przetrwaniu i o nadziei wynikającej z tego, jak mocno można walczyć o życie. Wzruszająca, głęboko humanistyczna, brutalna i nostalgiczna jednocześnie. Nie do wiary, że w ten sposób można literacko debiutować.

2017-08-10

„Ludzie z Placu Słońca” Aleksandra Lipczak

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 4 maja 2017

Liczba stron: 256

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Chaos opowieści

Aleksandra Lipczak chyba pozazdrościła Izie Klementowskiej jej świetnej „Samotności Portugalczyka” i postanowiła zebrać swoje reportaże z Hiszpanii w jeden zbiór, dając nam jednocześnie drugą książkę – o większym sąsiedzie Portugalii, którą tak czule przedstawiała Klementowska. Mamy więc opisany Półwysep Iberyjski i oba dokumenty unikają obrazowania dwóch krajów przez pryzmat tego, co stereotypowe i oczywiste nawet dla tych, którzy nie widzieli Portugalii i Hiszpanii. Problem „Ludzi z Placu Słońca” polega jednak na tym, że książka stanowi dość niefrasobliwe połączenie mniejszych form, które mamy odczytać jako spójną całość. Nic nie jest u Lipczak spójne i daleko jej do literatury faktu z tezą, którą proponuje Klementowska, obrazując Portugalię. Ludzie z Placu Słońca” to takie trochę reporterskie szkice, w których autorka próbuje bawić się formą. Opowie o wielu kwestiach i tylko punktowo je przybliży. To, o czym pisze Lipczak, mogłoby być zaczynem rozbudowanych tekstów, które same w sobie mogłyby stanowić osobne reportaże. Hiszpania i ślady Franco, z którego panowaniem nadal nie ma zasadniczego rozrachunku w społeczeństwie? Katalonia ze swoimi dążeniami niepodległościowymi, ekspresywnością, różnorodnością i dynamizmem? Przemiana hiszpańskich kobiet, które miały służyć mężom i czynić ich życie lekkim, a potem śmiało odrzuciły wszystko, co czyniło je nieszczęśliwymi, i zaczęły stanowić o sobie? Tu już moglibyśmy mieć trzy książki. Jest jedna. Złożona z opowieści nieco z przypadku. Nie bez reporterskiego nerwu, bo autorce nie można odmówić uważności i empatii. Jednak bez jakiegokolwiek pomysłu na całość, która jako całość ma tytuł, została nam oddana do rąk z sympatyczną okładką i ma być jako całość oceniona. Ja tego nie kupiłem.

Zanim zasygnalizuję, co mi się w pisaniu Lipczak o Hiszpanii bardzo podoba, wypunktuję słabości „Ludzi z Placu Słońca”. Przede wszystkim ta przypadkowość, lakoniczność, rwanie narracji i pozostawianie czytelnika w pustce. Tak, wiem, że to ostatnie jest jednym z popularniejszych chwytów reportażystów, ale powinny iść za tym zdziwienie i zaduma, u Łuczak pozostaje tylko pustka. Autorka porozmawia z Antoniem Moliną i trochę z tej rozmowy nam przedstawi. Wrzuci kilkanaście krzykliwych nagłówków z „El Pais”, które będą jej się tematycznie łączyć z rozważaniami o bezrobociu. Zrobi apetyt na istotne teksty, już na wstępie wspominając o sentymentalnym powrocie do Barcelony, gdzie mieszkała. Na tym apetycie zakończy, bo nic w tej książce szczególnie nie zaiskrzy. Odnosi się wrażenie, że Aleksandra Lipczak miota się po Hiszpanii, by wydobywać jakieś interesujące tematy, a potem albo je porzuca, albo też nieumiejętnie rozgrywa przed czytającym. Pojedzie nawet do Melilli, by przedstawić obraz europejskiego pogranicza. Po co? Z rozważań tam jej towarzyszących nie wynika nic, czego nie wiedzielibyśmy o takich miejscach, gdzie Europa styka się z lądami, z których przybywają imigranci.

Jest też bardzo ciekawy temat, który został ewidentnie zepsuty. Pedro Almodóvar i jego twórczość jako perspektywa obrazowania hiszpańskich przemian obyczajowych. Lipczak nawiązuje do jego pierwszego filmu, by zobrazować nihilizm i bunt ogarniające Hiszpanię choćby wówczas, gdy – jak ładnie to pisze autorka – „Madryt wyszedł z szafy”. Pozostawia rozpoznawalnego i kontrowersyjnego twórcę, mknąc ku kolejnym zagadnieniom. Na szczęście temat świetnie wykorzystała Anna Sikorska w swojej publikacji naukowej „Hiszpania w filmach Pedra Almodóvara”, w której analiza filmów szła w parze z obrazowaniem skomplikowanych przemian w polityce i społeczeństwie. Sprawa zatem zagospodarowana, można odpuścić Lipczak, choć trudno wybaczyć banalizowanie i spłaszczanie innych poruszanych kwestii.

„Ludzie z Placu Słońca” to jednak rzecz, która przykuwa uwagę tym, iż autorka stara się konsekwentnie ukazywać problemy polityczne, społeczne i socjalne przez pryzmat prostych ludzi i ich indywidualnych historii. Tak rozmawia, że wydobywa to, co najcenniejsze – autentyczne wzruszenia i chęć pełnego otwarcia w mówieniu o tym, co boli. Będą to głównie problemy związane z kryzysem, z boomem mieszkaniowym i późniejszymi problemami osiedli widm, ale także z polityką kraju wobec najuboższych. Tych, których – w uproszczeniu – współczesne państwo chce pozbyć się w miarę bezboleśnie. Tymczasem hiszpańska ulica na kartach tej książki krzyczy. Tytułowy reportaż z zaangażowaniem oddaje pewien model obywatelskiego nieposłuszeństwa i widać, że autorka zawsze jest po stronie tego maluczkiego, pokrzywdzonego, nieświadomego i manipulowanego w sieci układów. Lipczak nie obserwuje dynamicznych przemian tylko w mieście. Odwiedza na przykład prowincję zyskującą koniunkturę… tym, że zaczęto w niej udzielać ślubów parom homoseksualnym. Nie można zaprzeczyć, że „Ludzie z Placu Słońca” to reportaże zaangażowane. Aleksandra Lipczak usiłuje pokazać, co specyficznego i co zaskakującego jest w hiszpańskim społeczeństwie, które po trzech dekadach terroru Franco usiłuje stać się liberalne w zbyt szybkim tempie. A tego tempa nie wytrzymują i gospodarka, i obyczajowość, i polityka, i w końcu sami Hiszpanie lekko skonfundowani tym, że przez chwilę nie mają pojęcia, w którą stronę podążają i jaka będzie ich przyszłość.

Zbiór krótkich form reporterskich ma ukazać Hiszpanię w bardzo różnorodny sposób. Jest to zresztą jeden z najbardziej różnorodnych pod każdym względem krajów Europy. Lipczak punktuje sprawy ważne dla rozwoju państwa w drugiej połowie dwudziestego wieku i istotne w procesie gubienia się w wewnętrznych problemach, których przysporzył początek kolejnego stulecia. Opowiadając o hiszpańskiej wyjątkowości, autorka stara się różnorodność przedstawić także w formie swoich narracji. Wszystko jednak tonie w dość sporym chaosie i mimo niewątpliwych walorów poznawczych wywołuje odczucie, że rzecz została złożona w sposób mało przemyślany, a punktowane problemy nie są ukazywane w wystarczająco różnorodnych kontekstach. Stąd też zawód i przeświadczenie, że Lipczak zapewne dużo tej Hiszpanii zaznała i zrozumiała, ale niekoniecznie potrafi o tym opowiedzieć. Albo też opowiada zupełnie nieprzekonująco.

2017-08-08

"Plankton" Mariusz Sieniewicz

Wydawca: Znak

Data wydania: 14 czerwca 2017

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Fantazje o polskości

Odnoszę wrażenie, że niektórzy autorzy wydają książki pod wpływem zmuszających ich do tego okoliczności. Pierwszy raz pomyślałem sobie o tym, gdy ukazał się „Rok królika” Joanny Bator, a drugi raz teraz – gdy z wyjątkową determinacją udało mi się dotrzeć do ostatnich zdań „Planktonu” Mariusza Sieniewicza. Najnowsza książka olsztyńskiego autora jest najsłabszą w jego dorobku. Sieniewicz – pisarz najwidoczniej chorujący na polskość – ponownie wejdzie w rejestr frazy analizującej ład panujący w Polsce, tym razem z apokaliptycznej perspektywy przyszłości. Do niedawna uznawałem, że to właśnie on i Hubert Klimko-Dobrzaniecki są tymi prozaikami, którzy zaskakują każdą kolejną książką. Dziś za takich uważam Jarosława Kamińskiego i Jacka Melchiora, natomiast czytelnicza przygoda z Sieniewiczem kosztowała mnie dużo wysiłku, gdyż jest to książka, której obszerne fragmenty są po prostu nie do zniesienia. Sam autor zaznacza, że „Plankton” to wyraz szeroko rozumianej epilepsji. Groteska, która była znakiem rozpoznawczym autora, tutaj przemienia się w dystopijną udrękę czytelniczą, bo fraza gnie się, nie łamiąc, pompując do wyobraźni coraz to nowe hiperbole – niektóre zupełnie (dla mnie) pozbawione znaczenia, niektóre ze znaczeniem dydaktycznie nazbyt czytelnym. „Plankton” to także kolejna po „Walizkach hipochondryka” powieść, w której główny bohater jakoś niebezpiecznie przypomina autora. Tym razem – w 2092 roku – będzie to studwudziestoletni zakonnik wprawny w uległości i tchórzostwie, którego wynurzenia, budujące coś na kształt powieści inicjacyjnej, zmierzają donikąd albo same się zacierają, bo „Plankton” należałoby przede wszystkim „odchudzić”. Zostawić tak świetne fragmenty jak monolog Artura pełen czułości wobec córki i egzystencjalnej niemocy. Usunąć epopeiczne opisy oraz przytaczane przemowy – jedna lub dwie są do udźwignięcia, reszty znieść się już nie da.

W „Planktonie” starość jest górą. Nie tak jak w ironicznej i świetnie zdynamizowanej „Rebelii”. Ta powieść stoi w miejscu. Jak główny bohater, który więcej obserwuje, dużo mniej analizuje. Doświadczył łaski długowieczności, która dana jest najbardziej oddanym ludziom Kościoła. Tak, Polacją pod koniec XXI wieku rządzą duchowni. To oni są elitą kraju stającego się na nowo przedmurzem chrześcijaństwa, gdy już Czechów biją muzułmanie i jedynie nasz kraj dzielnie opiera się islamskiej zarazie, która zawojowała całą Europę, zatomizowaną i pozostawioną w ogniu przemocy. Pokój w naszym kraju stoi też na glinianych nogach, ale Polacja to duma i przekonanie o wyjątkowości. Kraju, który rozciąga się od Krakowa po Tallinn. Miejscu wszechobecnej inwigilacji, której nie wymyśliłby sam Orwell. Miejscu, w którym odniesieniem do każdej myśli, emocji i działania jest idea boga. Gdzie egzystencja sprzężona jest z konieczną do nadania jej sensu transcendencją.

Sieniewicz w tej dystopii usiłuje być groźny i dać świadectwo mrocznemu proroctwu. To świat, w którym kultura i literatura już nie istnieją. Pisarze przestali być społecznie użyteczni i przeszli do lamusa. To duchowieństwo stało się centrum zarządzania wszystkim, co dotyczy ludzkiego życia. A to kontrolowane jest nie tylko przez wronie drony. Nostalgramy uporządkują wspomnienia, onirografy sny. Najważniejsi ludzie w państwie żyją w dostatku i przepychu. Czasem Sieniewicz przesadzi w karykaturze, gdy będziemy świadkiem sceny homoseksualnego masażu oceanu tłuszczu, czyli spotkania Artura z emerytowanym biskupem. Niekiedy posłuży się nadmiernie czytelnym i wyeksploatowanym chwytem kontrastu, obrazując suto zastawione stoły podczas rautu duchownych w mieście, które zostało całkowicie zniszczone i cierpi na wszelkiego rodzaju niedobory. Porządek życia określany przez najważniejszych w Polacji ludzi ustalają wirtualne konfesjonały, msze online, posługa mobilna czyniona dzięki poduszkowcom czy zastępowanie idei Anioła Stróża przez wspomniane już drony. Polacja jest federacją miast mających autonomię. Stolicą staje się Olsztyn. Tak, to centrum wszechświata, do którego Sieniewicz wciąż się odwołuje. Olsztyn z dostępem do morza. Z resztą miast, które tkwią w swej codzienności, bez wymiany doświadczeń. Nie ma podróżowania. Nie ma innego życia niż to budowane przez dyktat sztucznych ulic, ledowych bilbordów z Chrystusem i elektronicznych aktualizacji każdego elementu, który dawniej mógł być samodzielny. A jednak Artur ruszy w podróż. Za karę, za wyjazd z miasta na rowerze z ukochaną córką, do której będzie się rozpaczliwie i obsesyjnie odnosił w całej fabule „Planktonu”. Musi odbyć posługę misyjną w Krakowie (jej celu oraz sensu trudno jest się potem doszukać), który zrównały z ziemią ataki terrorystyczne islamistów. To powinno być jakieś konkretne zawiązanie akcji. Nie jest nim, niestety. I nie ratuje tego nawet konsekwentnie budowany obraz antybohatera literackiego, bo wycofany Artur nie zdobędzie się na żaden heroizm – poza stanięciem w obronie gwałconej kobiety.

Czytając „Plankton”, odnosi się wrażenie, że autor – posiłkując się frazami od świętego Augustyna po Walta Whitmana – mocno się zapętla w tym, co stwarza w każdym kolejnym rozdziale. Nie chodzi już nawet o rażące nieścisłości, jak informacja o tym, że Elbląg z Żuławami połknięte zostały przez Bałtyk, ale ten sam Elbląg jednak widnieje potem na liście zbiórek na rzecz odbudowy Krakowa. Nie chodzi o szereg nieprawdopodobieństw, jak cudowne ocalenie całej czteropiętrowej kamienicy na Kazimierzu, podczas gdy Wawel siłą wybuchów został zmieciony z powierzchni ziemi. Nie chodzi również o groteskowe hiperboliczne uniesienia, jak opisy Jezusa wjeżdżającego do Krakowa i potem w nim umierającego zgodnie z tradycją. Chodzi przede wszystkim o to, że niewiele z tych gargantuicznych fantazji autorskich wynika. Sieniewicz jest dość wtórny, jeśli chodzi o fantazje związane z ekspansją islamu. Chce być kontrowersyjny, gdy obcina języki kobietom, a imiona świętych kobiet zastępuje męskimi. Chce pewnie też odbyć trochę sentymentalny i niekoniecznie spójny z powieścią spacer po Krakowie, bo topografia świata po apokalipsie pozostawia jednak wyjątkowo wiele miejsc w stanie nienaruszonym. „Plankton” – obok „Przypadku Alicji” Aleksandry Zielińskiej czy „Betonowego pałacu” Gai Grzegorzewskiej – to kolejna kiepska książka z Krakowem w tle. Choć oczywiście to przecież nie jest powieść o tym mieście. Mroczna wizja ma uświadamiać, że uwiedzeni przez kościelnych hierarchów wciąż powtarzamy błędy sprzed lat, wypieramy przeszłość, nie uczymy się na błędach – bo ludzkość to powracające końce, apokalipsy i stany, w których nikt nikogo nie zbawi. Żadną modlitwą, żadnym wyznaniem wiary.

Jest więc „Plankton” ponury, zaskakuje wizjonerstwem, jest jednocześnie książką bez czytelnego pomysłu, zasadniczej jednej myśli przewodniej i bez narracyjnego nerwu, który charakteryzował poprzednie powieści olsztyńskiego autora. Sama wizyjność i kreślenie oryginalnego losu naszego kraju to trochę za mało – może przykuć uwagę, ale nie uczyni z „Planktonu” książki dobrej. Niestety.

2017-08-05

„Po trochu” Weronika Gogola

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 10 czerwca 2017

Liczba stron: 180

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Słowa i rzeczy pierwsze

Takie debiuty literackie jak ten Weroniki Gogoli to książki wzmacniające wiarę w to, że literatura ma kilka ważnych funkcji, ale przede wszystkim celów. Autorka z treści osobistych tworzy coś uniwersalnego, albowiem w „Po trochu” – jak sugeruje tytuł – każdy z nas znajdzie odrobinę samego siebie. Nic nie szkodzi, że lata dzieciństwa bohaterki niekoniecznie pokryją się ze wspomnieniami czytających. Chodzi o tę nieuchwytną na co dzień, a tutaj bardzo pięknie wyrażaną niezwykłość doświadczania świata widzianego oczyma dziecka. Dziewczynki, która dorasta i zaznaje wielu inicjacji. Przede wszystkim słownych. Świat po latach trzeba opisać za pomocą słów, ale Gogola stara się zaznaczyć te momenty, w których uczyła się je dobierać. Jej bezpretensjonalna narracja jest opowieścią o wszystkim nowym i wielu sprawach ostatecznych. Jest jednocześnie formą zachowania wspomnień oraz literacką próbą trudnych pożegnań. Nie tylko dlatego, że sporo w tej powieści jest o śmierci i że odchodzenie staje się jednym z najważniejszych doświadczeń dziecka, które dopiero zaczyna żyć. Gogola – jak wcześniej Wioletta Grzegorzewska w „Gugułach” – sytuuje swój świat dziewczęcego dorastania pod bardzo konkretnym adresem, a jednocześnie wydobywa z czasu minionego wszystko to, co kształtuje ludzką świadomość bez względu na przynależność do konkretnego miejsca. Zaznacza, że zawsze jesteśmy skądś, ale jednocześnie wciąż podążamy do czegoś, czego jasności nie mamy. „Po trochu” to sentymentalna opowieść o oswojonym „tutaj” i o tym, co przybywa z zewnątrz, pozostawiając po sobie ślady na zawsze i nazywając to zwyczajnie doświadczeniem. Gogola wspomina o imperatywie swego rodu. Człowiek z jej rodziny „nie potrafi zatrzymać historii w sobie, chce ją zawsze posłać dalej”.

Autorka posyła swoje opowieści w świat także za tych, którzy nie mieli okazji albo kompetencji, by to zrobić. Bo przecież nie jest to historia o niej samej, ale o tym, kim się stała w rozmaitych relacjach z ludźmi. Tymi, których z różnych powodów trzeba zapisać w tych historiach, bo one bez nich będą niepełne, a jednocześnie ludzie je tworzący nie zostaną zapamiętani tak, jak może chcieliby zapamiętani zostać. Zwłaszcza mężczyźni z rodu, którym śmierć miała zaglądać w oczy wyjątkowo wcześnie. Najważniejszy jest ojciec, ale są też inni bliscy. Niekoniecznie członkowie rodziny. Tacy, do których można się przytulić, i tacy, którzy straszą – jak duch dziadka. „Po trochu” to historia pewnej społeczności oraz bohaterów pozostawiających w narratorce ślady. Te często są niezwykle trwałe i pełne czułości. Jak ojciec pijak jednego przyjaciela, którego łzy Weronika pamięta doskonale, gdy syn deklamował mu wierszyk z okazji święta. Ten sam pijak stwarzał swego czasu sugestywne wyobrażenia tego, jak powstał świat. Dla narratorki tworzy się powoli, z okruchów, zbiegów okoliczności, pierwszych smaków i zapachów, pewnych doświadczeń granicznych oraz z niepewności, której zawsze zaradzał kuzyn z Lublina wyjaśniający to, co niejasne.

W dwunastce kryje się pewna potrzeba harmonii i porządku. Mamy dwunastu apostołów, dwunastu bogów olimpijskich. U Gogoli otrzymujemy dwanaście godzin specyficznych pożegnań. Najpierw trzeba nazwać i określić to, co się utraciło, by potem wejść z tym czymś w bardzo intensywny kontakt. Dzięki niemu paradoksalnie jest do odzyskania wszystko to, co pozornie zanurzone w czasie przeszłym. Gogola sięga pamięcią wstecz nie tylko po to, by zarysować ledwie kontury życia, którego tak bardzo była ciekawa. Także po to, by pewien zakres doświadczeń życiowych podsumować. Umówić się sama ze sobą, że powrót do przeszłości być może uporządkuje przyszłość. W końcu Weronika – jak przystało na kobiety z rodu – będzie żyła bardzo długo. Aby to życie było mądre i świadome, należy przypomnieć sobie rzeczy pierwsze. Także ostatnie – jak pożegnania z ludźmi, którzy odchodzili nagle, bezkompromisowo, i nie było szansy powiedzenia im czegoś, co zabrzmiałoby inaczej niż frazy wypowiadane za ich życia.

To książka soczysta językowo i wokół języka mocno się koncentrująca. Nie chodzi tylko o przypominanie sobie neologizmów otwierających kolejne bramy na drodze zrozumienia rzeczywistości. Nie chodzi też tylko o słowa wytrychy. Ważne dla dziewczynki, która świadomie dorasta. Po trochu” to przede wszystkim wspomnienia o tym, jak i kiedy do siebie mówiono. Czym były słowa, kiedy wypowiadano je za wcześnie albo za późno. Gogola w języku odkrywa przynależność do miejsca i ludzi. Nazywanie to dopiero początek. Kolejne definicje poszerzają ogląd rzeczywistości, ale wciąż błąkają się słowa i frazy, które nie przebrzmiały, wciąż stanowią specyficzną formę zagadki. Język narratorki to też narzędzie, dzięki któremu wytycza sobie ona nowe granice – tylko po to, by je przekraczać, zdobywać kolejną przestrzeń wolności, także tę lingwistyczną.

„Po trochu” to przede wszystkim zbiór historyjek o pamięci. Narratorka pamięta wszystko i za wszystkich. Czasami za dużo, niekiedy w nadmiarze. Nie można tego wszystkiego uporządkować, bo niekiedy siła wspomnień tkwi w ich urokliwym chaosie. Te zapisy to nie strumienie świadomości, lecz bardzo lekkie, a zarazem niepokojące narracje o tym, co się wydarzyło i dlaczego niewielu z tego cokolwiek zrozumiało. Na początku jest ogień, który trawi miejsce będące punktem wszystkiego w Olszynach. Potem świat buduje się na nowo. Dziewczynka dorasta, obserwując i badając otoczenie. Opowiada za innych, bo oni nie mają możliwości zabrania głosu. Chcieli tylko żyć, nie zostać zapamiętanymi. Nić życia wydaje się z jednej strony bardzo krucha, skoro wciąż na nowo jesteśmy świadkami konfrontacji z pożegnaniem drugiego człowieka. A jednak Gogola umacnia ją opowiadaniem. Słowem – czasem pojedynczym, czasem zgrabnie funkcjonującym we frazie. Niektóre nie chcą jej opuścić, inne dają się łatwo zapomnieć. A „Po trochu” to jednak książka o pamiętaniu. Niezwykle sugestywna i bardzo dojrzała. Także pod względem sytuowania bohaterki w jej dorastaniu ze względu na płeć i (nie)możliwości, jakie oferuje. Myślę, że lektura tego świetnego debiutu będzie okazją do zrewidowania poglądu na to, co z czasu przeszłego musi, a co powinno z nami pozostać na zawsze. Takie narracje są nam potrzebne. Taka forma zapamiętywania i literacka lekkość zapisu tego, co pamiętane, to dowód na to, że Weronika Gogola nie będzie – a przynajmniej nie powinna być – autorką tylko jednej książki.

2017-08-02

„Przeczucie” Tetsuya Honda

Wydawca: Znak

Data wydania: 7 sierpnia 2017

Liczba stron: 352

Przekład: Rafał Śmietana

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Podglądanie śmierci

Tetsuya Honda to egzotyczne nazwisko na kryminalnej mapie literatury. Wydana ponad dziesięć lat temu w Japonii książka nic nie straciła ze swej świeżości. Przeczucie” – historia przede wszystkim o ludzkim okrucieństwie – daleka jest od nadmiernego często psychologizowania obecnego w europejskiej literaturze gatunku. Stąd też więcej jest w niej niedopowiedzeń, dużo bardziej przykuwa uwagę i stawia na działania. Sytuuje je w pewnych kontekstach, by pokazać dynamikę oraz zaangażowanie bohaterów w to, co robią. Czy będą to tokijscy policjanci, czy też stołeczni kaci. U Hondy liczy się przede wszystkim to, co dany człowiek zrobił. Wchodzimy w tkankę miejską Tokio, w którą autor wprowadza nas stopniowo, za każdym razem zaskakując zwrotami akcji. Podoba mi się w „Przeczuciu” także to, że nie stawia czytelnych granic między tymi, którzy są dobrzy, a tymi złymi. Wydobywa ludzkie zło właściwie zewsząd. Pokazuje, jak kształtują się potrzeby okrucieństwa i bestialstwa, a także punktuje te patologie, które mogą je nasilać. Portretuje jednak dużo więcej. Cierpiący ludzie przekazują dalej swe cierpienie. Bliskość śmierci staje się przestrzenią, w której na nowo formowana jest tożsamość ludzka. Policjanci z Tokio tworzą z jednej strony solidarną grupę, która walczy ze złem, z drugiej jednak – dość zatomizowane środowisko, gdzie nadmierna ambicja zabija etykę i profesjonalizm. Honda zderza japońskich stróżów prawa z zagadką, wobec której długo pozostają bezradni. Niezwykła czułość na detale, jaką wykazuje główna bohaterka, pozwala odkryć jedną z mrocznych kart. Nikt nie spodziewa się tego, jak makabryczna historia stać będzie za trupem, którego ktoś porzucił w foliowym worku. Ile jeszcze ofiar przyniesie i ku czemu będzie prowadzić.

Reiko Himekawa od kilku dni bezskutecznie czeka na zlecenie. Jej gotowość do ciągłej pracy to nie przejaw pracoholizmu. Za zaangażowaniem w to, co robi, stoi jedna mroczna historia z przeszłości, ale też skomplikowane relacje rodzinne, których Reiko unika, kiedy pracuje. Trzydziestoletnia singielka nie ma lekko – ani w domu, gdzie każdy chce ją wyswatać, ani w pracy, w męskim środowisku pełnym z jednej strony szorstkości i szowinizmu, z drugiej – intencjonalnie niewinnych, ale bardzo seksistowskich uszczypliwości oraz żartów. Bohaterka Hondy konsekwentnie zdobywała kolejne stopnie awansu zawodowego i to, kim jest teraz, stanowi jej stabilny fundament. Praca to nie tylko ucieczka od rodzinnych utyskiwań. To przejaw zasadniczej samodzielności, o którą Reiko musiała walczyć bardzo długo. Przekonać się o sile własnego charakteru i samostanowić o dalszym losie po tym, gdy ktoś przed trzynastoma laty pozbawił jej pewności oraz chęci do dalszego życia. Honda nie pozwala nam za bardzo zbliżyć się do bohaterki, bo jego policjantka absolutnie wszystkich – także czytelnika – trzyma na dystans. Widzimy jedynie, że nosi ona w sobie wyjątkowe pokłady empatii i czułości. Pochyla się z nimi zarówno nad zamordowanymi, jak i nad żywymi ludźmi wokół. Ignoruje złośliwości kolegów z pracy, którzy drwią trochę z tego, że Reiko stawia na instynkt i łączy wątki gdzieś ponad twardymi dowodami. Wypracowała sobie jednak niezależność i wie, że intuicja nigdy jej nie zawodzi. Błyskotliwa, perfekcyjnie wykonująca swoją pracę, asertywna i odporna na przejawy niechęci. Ma jednak głęboko skryte słabości. To one między innymi spowodują, że zapłacze nad mordercą. To będzie jedna z bardziej przejmujących scen powieści. „Przeczucie” obfituje w wiele podobnych. Przesyconych okrucieństwem na tyle, że jest to powieść na pewno dla czytelników o silnych nerwach.

Porzucone w parku ciało jest okaleczone, ma także charakterystyczne rozcięcie, które umożliwi Reiko odnalezienie śladu do dalszego śledztwa. Ofiara niewątpliwie była torturowana przed śmiercią. Ktoś zadbał o to, by profesjonalnie zutylizować trupa, jednak coś poszło nie tak. To właśnie takie dyskretne pęknięcia w całej kryminalnej intrydze pozwalają Hondzie na trzymanie czytelnika w stałym napięciu. Nikt nie spodziewa się tego, co kryje w sobie ofiara. Nikt nie ma najmniejszego pojęcia, że denat zginął z ręki seryjnego mordercy. Nikt naprawdę nie przypuszcza, jaka działalność się za tym kryje i dokąd będą prowadzić tropy, które równocześnie z Reiko bada jej kolega z pracy – obcesowy, wulgarny i pozbawiony elementarnych umiejętności prospołecznych Katsumata. Mężczyzna jest przekonany, że szybciej i sprawniej rozwiąże zagadkę kryminalną. Odium wobec Reiko miesza się ze skrywanym podziwem. Kolega z pracy zdaje sobie sprawę z tego, że jest coś niebezpiecznego w postępowaniu Reiko. Jak to tłumaczy sam autor? Dowiemy się odpowiednio później. Tymczasem Katsumata zdaje się dla Reiko równie okrutny jak kat dla znalezionej w parku ofiary. Nie krzywdzi fizycznie, ale zadaje sporo bolesnych ran. Jedno śledztwo toczy się po kilku ścieżkach. Opisywane jest symultanicznie, Tetsuya Honda tak opowiada o zdarzeniach, że możemy być w kilku miejscach Tokio, stale wątpiąc, które jest kluczowe dla odgadnięcia zagadki. Odwiedzamy miejsca, w których ludzie są gotowi płacić, by zaspokoić swoje żądze. Nie spodziewamy się tego, za co i w jaki sposób płacili ludzie związani z pewnym enigmatycznym projektem o nazwie „Strawberry Night”…

„Przeczucie” to powieść o pewnym makabrycznym voyeuryzmie i jego konsekwencjach. W zbrodnie uwikłani są nie tylko ci, którzy pozbawiają życia. Czy na jego koniec można patrzeć? Co wywołuje w człowieku chęć spoglądania na to, jak drugi umiera? Honda naprawdę potrafi przerazić. W spektakularnym rozwoju akcji trzyma się stale realności, nie odbiega od dużego prawdopodobieństwa zdarzeń i portretuje Tokio jako niespokojne miasto ludzi w nim zagubionych. Mamy także wewnętrzne zagubienie Reiko. Skryte w codziennym trudzie pracy i okazywanym wszystkim porządku. Japoński autor każe jej odciąć się od tego, co było, i koncentruje na dramatycznej teraźniejszości. W niej zakotwicza się kilka mrocznych historii o tym, że rany zadane w przeszłości nigdy się nie goją. Że wydobycie się stamtąd nie jest możliwe. A jednak konieczne. Po to, by walczyć ze złem mającym w „Przeczuciu” naprawdę wiele oblicz. Japoński kryminał z jednej strony przygniata i przeraża. Z drugiej oferuje pewną egzotyczną świeżość i przekonanie, że obcujemy z czymś naprawdę wyjątkowym. Chodzi o dyskretnie, lecz stanowczo zaznaczaną japońską obyczajowość. Ten savoir-vivre w walce ze złymi ludźmi. Kto ostatecznie jest zły i dlaczego Reiko – jak wspomniałem – płacze nad schwytanym mordercą? Tetsuya Honda opowiada o Tokio, które nigdy nie śpi i nigdy nie zdradza swoich tajemnic. Te najmroczniejsze są niezwykle trudne do odkrycia. Stróż prawa niekoniecznie będzie go bronił, a ten łamiący prawo przyda się bardziej, niż można by przypuszczać. „Przeczucie” jest powieścią zwodniczą i bardzo dobrym preludium cyklu. Kolejne książki z Reiko Himekawą zapowiadają się świetnie i już teraz czekam na ich przekłady.

2017-07-31

„Zniknięcie” Caroline Ericksson

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 14 czerwca 2017

Liczba stron: 256

Przekład: Paulina Rosińska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Zranione

Caroline Ericksson napisała całkiem zgrabny thriller z wyraźnym feministycznym sznytem. Nic to, że skrojony na modłę taśmowo wydawanych w Skandynawii powieści tego gatunku. To opowieść o mrocznej kobiecej zemście – tej dokonanej i tej, która dopiero będzie miała miejsce. Ericksson konsekwentnie buduje klaustrofobiczny klimat poprzez fakt, że przez większą część powieści główna bohaterka musi sama mierzyć się z tym, co się wydarzyło, i fantazjami o tym, co jeszcze się wydarzy. Zniknięcie” to mroczne memento dla wszystkich tych kobiet, które zdradzane i wykorzystywane przez mężczyzn, walczą między sobą, a nie z tym, który krzywdzi. Ten zaskakujący i popularny mechanizm ofiar skaczących sobie do gardeł Caroline Ericksson najpierw dosadnie obrazuje, potem zaś stosuje sprytną narracyjną woltę i ta książka staje się swoistym poradnikiem dla każdej poniżonej przez mężczyznę kobiety. Tak, warto przyjrzeć się mechanizmowi dochodzenia do prawdy, odnajdywania siły wewnętrznej, potem przyglądać się konsekwencjom tej przemiany i ostatecznie stwierdzić, że książka jest naprawdę niezła, mimo iż trąci nieco pretensjonalnym, grafomańskim stylem i nie jest to na pewno wina tłumaczenia.

Greta przybywa z mężem i córką nad jezioro, które w opinii miejscowych jest mrocznym miejscem znikania ludzi. Cała trójka cieszy się urlopem, dopływając do wysepki na jeziorze. Okazuje się, że mąż i córka, schodząc na ląd przed Gretą, zapadają się pod ziemię. O ile dość łatwo można sobie wyobrazić, co tak naprawdę miało miejsce, i domyślenie się tego może rozczarować już na wstępie, o tyle u Ericksson chodzi przede wszystkim o kobietę pozostawioną samotnie wobec utraty. Dlaczego Greta od razu nie zawiadamia policji? Dlaczego zachowuje się irracjonalnie? Z wyspy dociera do domku letniskowego, gdzie woła zaginionych, jakby wrócili przed nią łodzią z szybszym napędem… Dlaczego w obliczu przerażenia sytuacją… ucina sobie drzemkę? Zanim ocenimy bohaterkę i uznamy, że coś jest zaburzone w jej sposobie przeżywania zniknięcia bliskich, autorka zmusi nas do sięgania w głąb świadomości bohaterki. Greta działa kompulsywnie, nieskładnie, rozmywa jej się granica między tym, co realne, a tym, co dzieje się tylko w jej wyobraźni. Zgrany motyw retrospekcji mających wyjaśnić przyczyny zdarzeń teraźniejszych przestaje irytować w momencie, w którym dowiadujemy się, że już na początku przez samą kobietę zostaliśmy zwiedzeni. Że nic nie jest tym, czym się wydawało. Że tak naprawdę zniknięcie jest początkiem przerażającej gry psychologicznej o wszystko. O samostanowienie i wolność przede wszystkim.

Bardzo wiarygodnie przedstawione jest zagubienie Grety na granicy czystego szaleństwa. Fragmentaryczne obrazy z przeszłości nakładają się na czas, w którym kobieta gubi azymut i nie wie już, czy naprawdę ma szukać swoich bliskich. Kameralność narracji wzbudza grozę i odnosi się wrażenie, iż tak będzie do końca – że bohaterka do ostatnich stron pozostanie z tym, co niewyjaśnione, niezwerbalizowane, z tym nieznośnym napięciem skumulowanym wówczas, gdy zmuszona będzie do konfrontacji z pewną grupą młodych ludzi przebywających na wyspie, gdzie zniknęli Alex i Smilla.

„Zniknięcie” to interesująca powieść o sile więzi między matkami i córkami. Kiedy Greta odbiera pierwszy telefon od swojej rodzicielki, widzimy wyraźnie, że ich wzajemne relacje są bardzo skomplikowane. Coś wydarzyło się w przeszłości i naznaczyło cieniem obie kobiety. Ktoś dawniej również zniknął. Greta nie po raz pierwszy mierzy się zatem z opisywaną traumą, ale ta aktualna ma zupełnie inny kontekst. Prowadzi też mimo wszystko do wyjaśnień, a nie tonięcia w mrokach niedopowiedzeń i żalu po tym pierwszym, tak dramatycznym zniknięciu bliskiej Grecie osoby.

Caroline Ericksson portretuje umęczoną kobietę, która przez lata była wprawna w milczeniu i wiedziała, że bierność oraz podporządkowanie mogą być jedynymi gwarantami jej normalnego życia. Czy normalna jest jednak sieć toksycznych zależności, która z czasem zaczyna definiować ją samą? Zniknięcie” jest fabularną zagadką, gdy najpierw toniemy pośród zmyśleń, wizji, snów i bolesnych przejawów życia po utracie, a potem pozwala na katharsis – z innej perspektywy spoglądamy na główną bohaterkę i zaczynamy widzieć wyraźne ramy kontekstów, które wcześniej jedynie mgliście były nam nakreślane. Powieść broni się w swej drugiej części – mimo że od początku do końca jest dość kaleka językowo i proponuje groteskowe rozwiązania fabularne, jak chociażby to, gdy matka i córka w sytuacji zagrożenia życia fundują sobie prywatny seans psychoterapeutyczny. Sporo jest w „Zniknięciu” taniej psychologii i odnosi się wrażenie, że ważki problem krzywdzenia kobiet traktowany jest tutaj trochę po macoszemu. Niemniej Ericksson znajduje sposoby, by przykuć uwagę do swej narracji, a obrazując poniewierane kobiety, stara się uzasadnić genezę tego zjawiska.

Jest to zatem powieść z aspektem społecznym. Zaznaczanym na początku dyskretnie, ale potem konsekwentnie rozwijanym. Szybko przestaje nas interesować to, co wydarzyło się na samym początku. Dużo większe znaczenie będzie miała przyszłość. Ten czas, do którego wrota otwiera jedynie sugestywne zakończenie, pozostawiając z wieloma pytaniami i wątpliwościami. A także pewnością tego, kto jest katem, kto ofiarą. Nadzwyczajne okoliczności łagodzące pozwalają spojrzeć ofierze w twarz ze współczuciem. Czy Ericksson diagnozuje, czy może ledwie punktuje te ważkie problemy, które od wieków zdają się nierozwiązywalne? „Zniknięcie” to powieść z tezą i książka portretująca kondycję człowieka domagającego się od bliskiej osoby nie tyle czułości i zainteresowania, ile przede wszystkim dowodów na potrzebność i zasadność swoich poczynań. Ericksson napisze o toksycznych związkach, w których tajemnice niesione przez lata mnożą się i nie pozwalają normalnie funkcjonować. Być pewnym swojej wartości, mieć prawdziwy kontakt z własnym wnętrzem. Jeśli przymknie się oko na niedoskonałość frazy i jej irytującą chwilami manierę, będzie się miało do czynienia z naprawdę zaskakującą opowieścią. Myślę, że tak skonstruowaną, iż mogłaby służyć za scenariusz całkiem dobrego filmu. Caroline Ericksson ostrzega i przestrzega. Pokazuje, do czego można sprowadzić status drugiej osoby związku. Obrazuje, w jak łatwy sposób partnerstwo zamienia się w relację podległości. A potem punktuje, co można z tym zrobić. Jak się zemścić. Interesujące!