Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-09-22

„Lata powyżej zera” Anna Cieplak

Wydawca: Znak

Data wydania: 13 września 2017

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Poszukując siebie

Nowa powieść Anny Cieplak stanowi taki pozytywny rewers książki sprzed lat, uznanej przeze mnie za zbędną: „Nie uderzy żaden piorun” Dominiki Ożarowskiej. Tam dojrzewające bohaterki miotały się we własnej nibylandii, tutaj Cieplak kreśli sylwetkę dziewczyny, potem bardzo konkretnej i zdecydowanej w swoich działaniach kobiety, choć stale wątpiącej emocjonalnie w siebie i zadającej pytania o tożsamość, które egzemplifikuje powtarzające się pytanie o to, czy jest ładna. „Lata powyżej zera” – po naprawdę doskonałym i zasłużenie nagrodzonym debiucie „Ma być czysto” – to książka, która nieco rozczarowuje. Trochę wygląda to tak, jakby autorka zagospodarowała narracyjnie okresy życia pominięte w debiucie. Tam portretowane były gimnazjalistki i ich dorosłe opiekunki, tutaj nacisk najpierw położony jest na fundamentalne przeżycia i doznania jeszcze z okresu szkoły podstawowej, a potem po niej – w czasie licealnym oraz w okresie tak zwanej dojrzałości do życia, który tutaj obrazują gorzka trochę w swej wymowie emigracja i symboliczny z niej powrót, z imperatywem wykonania pewnego badania. Jakiego? Może testu na gotowość do życia? Cieplak opowiada o czasie, w którym życie się formowało, i nie daje nam odpowiedzi na pytania o to, czy jej bohaterka ostatecznie odnalazła samą siebie na jakiejś z jego dróg. Lata powyżej zera” literacko nie zachwycają. Najpierw mają przykuć uwagę wymienianymi markami, trendami i sposobami, w jaki kapitalizm wchłaniał Polskę. Potem – z nastawieniem, że zidentyfikowany czytelnik będzie zachwycony – toczy się historia dalszego życia, którego już nic nie zaznacza, bo wspólnota pokoleniowa kończy się w momencie, kiedy trzeba wziąć za to życie indywidualną odpowiedzialność. Wtedy każda historia jest osobna, a z opisywaniem osobności Cieplak sobie nie radzi. Wie jednak, że przywiąże do siebie wielu poprzez model powieści pokoleniowej. Są wspomnienia, jest identyfikacja. Zanikają czujność i myślenie o tym, czy to dobra literatura.

Kiedy uprowadzone samoloty wbijają się w wieże World Trade Center, Anita Szymborska postanawia przejść do bardziej świadomego etapu życia i poczuć odpowiedzialność za to, kim jest, co robi, z kim się zadaje, o czym myśli i jaki to będzie mieć związek z przyszłością. Na razie koncentruje się na związkach z muzyką. Miłość do niej dzieli z ojcem, który zasadniczo słucha czegoś innego, ale jest gotów kupić Anecie tę kasetę, o jakiej marzy. Potem następuje opis tego, w jaki sposób gusta muzyczne zmieniały się razem z funkcjonalnością przedmiotów wokół. Pojawiają się w życiu bohaterki tacy chłopcy i tacy mężczyźni, przy których odważy się pytać o sprawy czasem wstydliwe, czasem zupełnie niezrozumiałe. Idzie przez życie z podniesioną głową i bacznie rozgląda się wokół. Szuka bliskości i odnajduje jej namiastki. Ta z przyjaciółką, która wymiotuje w wannie na imprezie, przetrwa tylko pewien czas, kiedy rozejdą się priorytety i sposób postrzegania dojrzałego życia. Anita szuka sensu w tym, co na pozór bezsensowne, i przynależności do ludzi, którzy siłą rzeczy łączą się dzięki podobnym przeżyciom i doznaniom. Ostatecznie pozostaje uformowana nie przez społeczność, ale przez własne poszukiwania. I to jest ciekawe w tej książce, to wydobywanie siebie z otchłani bodźców i wrażeń, które nie mają większego wpływu na ostateczny kształt życia.

„Lata powyżej zera” są sentymentalną wyliczanką. Zdarzeń, projekcji marzeń, bolesnych doświadczeń pierwszych i pierwszego nazywania skomplikowanych emocji, które są tu jedynie delikatnie nakreślone. Książka opowiada o dekadzie dorastania, która jest jednocześnie dekadą wrastania w siebie. Budowania czegoś stabilnego na przekór zmiennym ludziom i temu światu, który co rusz w rodzinnym Będzinie pokazuje podkoloryzowane, unowocześnione oblicze. Są sygnalizowane doświadczenia wspólne – każdy pamięta, co robił 11 września 2001 roku albo wówczas, gdy umarł Jan Paweł II. Ale Cieplak nie koncentruje się na zdarzeniu jako takim. Pokazuje je jako punkt wyjścia do czegoś, co zrozumie się potem. A nie wszystko można zrozumieć. Na przykład odejścia babci. Powinna być wieczna, a nie jest. Kurczowe trzymanie się przekonania, że dobrzy ludzie pozostają na zawsze, zmienia optykę, gdy okazuje się przeszłością…

Problem z drugą powieścią Anny Cieplak polega na tym, że otwiera nam sporo ścieżek interpretacyjnych, ale niczego nie domyka. Jest to narracja pytań, lecz jednocześnie w sposób przewidywalny i mało sugestywny opisuje prozę życia, z którą każdy zetknął się w tym intensywnym wymiarze, kiedy musiał przeżyć, zobaczyć lub powiedzieć coś po raz pierwszy. Wspomniałem już, że książka uwiedzie tych, którzy będą się identyfikować z mapą mentalną punktowaną tu przez charakterystyczne nazwy, niejednokrotnie synonimy całego zasobu pojęć do opisania znaczącego doświadczenia pokoleniowego. Poza tym jednak nie dzieje się tu nic. Jest konkretna bohaterka, jej konkretne problemy, próba zbliżenia się do trudu poszukiwań samej siebie i odpowiedzi na pytania egzystencjalne… ale nie ma w tym wszystkim mocy przekonania, jakiejś charakterystycznej i przykuwającej uwagę frazy. Opowieść jest senna i momentami nijaka. A przecież o tym, co w życiu każdego najważniejsze, bo o chwilach i ludziach zapamiętywanych na zawsze – choć szybko odchodzą i pozornie nie pozostawiają znaczącego śladu.

To ten rodzaj powieści, przy której modnie jest przyznać, że porwała i pozostała z czytającym. Chciałbym, żeby pozostało z niej coś więcej niż poczucie wątpliwości co do tego, o czym właściwie jest. Jasne – jest o dorastaniu, goryczy porażek, o zmieniającym się świecie, priorytetach, o wydobywaniu się z grup rówieśniczych, chęci samostanowienia, o poszukiwaniu własnej drogi dorosłego życia i o wspomnieniach, które kształtują na zawsze. Chodzi jedynie o to, w jaki sposób jest to opisane. Niesatysfakcjonujący, kiedy liczy się na plastyczną historię o zapamiętywaniu, bo przecież „Lata powyżej zera” to przede wszystkim powieść o ludzkiej pamięci. Ta dziewczyńska, potem kobieca narracja pełna empatii i wyjątkowej wrażliwości na detale świata wokół zamyka się w otwartym zakończeniu, które ratuje powieść przed katastrofą bylejakości. Anna Cieplak tym razem rozczarowuje, ale wciąż mam nadzieję na to, że opowie nam jeszcze o życiowych inicjacjach językiem i składnią, dzięki którym zapamięta się wiele – np. tyle, ile można było wydobyć z „Ma być czysto”.

2017-09-19

„Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu” Marcin Wójcik

Wydawca: Agora

Data wydania: 13 września 2017

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Czy czegoś nie wiemy?

Można pokusić się o tezę, że Marcin Wójcik obsesyjnie trzyma się tego samego kręgu tematów, bo oto po reportażu diagnozującym kondycję grupy polskich wiernych autor zdecydował się opisać ich kościelnych mentorów. O ile „W rodzinie ojca mego” był tekstem z nerwem publicystycznym i ważnymi socjologicznymi spostrzeżeniami, o tyle drugi reportaż krążący wokół tematu celibatu księży nie proponuje żadnych odkrywczych kwestii do przemyślenia. Nie ma tak sugestywnej mocy jak poprzednia książka i w gruncie rzeczy nie opowiada o niczym nowym albo też nieznanym. Już w jednej z opisywanych historii pada spostrzeżenie, że opresyjność względem zachowania wstrzemięźliwości i bezżeństwa dotyczyła wcześniej Kościoła katolickiego oraz środowiska wiernych, a dzisiaj pozostała już tylko w kręgu tego pierwszego, bo ludzie zwyczajnie zaakceptowali, że ksiądz jako mężczyzna ma swoje osobiste potrzeby i oczekiwania, których nie powinno blokować coś, co jest przecież przepisem, nie dogmatem. Tak więc ludzie swoje wiedzą, nic nikogo nie dziwi i wielokrotnie w portretowanych historiach dostrzega się tę akceptację opinii publicznej wobec praw księży, których to praw odmawia im instytucja. Czy zaskakujące mogą być opowieści o tym, jak księża radzą sobie z napięciem seksualnym? Narracje o nocnych klubach, seksie zbiorowym czy homoseksualnym niekoniecznie mają mieć ścisły związek z tezą, że takie działania wyzwala ograniczenie celibatu. Wyżej wymienione formy aktywności przynależą do pewnych struktur psychicznych – bez względu na to, czy otoczenie lub instytucja, w której funkcjonują, mają wobec tego jakieś obiekcje. Nie wiązałbym celibatu z tym, że mężczyźni potajemnie wiodą życie seksualne porządkowane przez odbiegające od zwyczajowych aktów seksualnych praktyki. Wójcik opowiada za to ciekawie o nieznośnej przestrzeni opresji, w której muszą żyć najpierw młodzieńcy w seminarium, a potem dojrzali mężczyźni w swych plebaniach. Mówi o narastającej samotności, ogromnych pokładach frustracji i wiecznej walce wewnętrznej – między tym, co uświęcone przez instytucję, a tym, co zwyczajnie ludzkie i niepasujące do danego przepisu.

„Celibat” to książka wielogłosowa i to jej zasadniczy atut. Wątpliwe mogą pozostać fragmenty beletrystyczne, czyli autorskie zmyślenia hipotetycznych dzienników kleryków. Dużo ciekawsze niż zmyślenie może być to, co czytamy o faktycznej strukturze seminariów duchownych. Miejsc izolacji i specyficznej opresji, z których wydobywają się nadal bardzo młodzi mężczyźni, jeszcze niemal chłopcy, otrzymujący status absolutnego autorytetu – a z nim niekiedy trudno jest sobie poradzić. Klerycy mają nie istnieć w kwestii swojej seksualności. Nikt z nimi o tym nie rozmawia. Ma samoistnie nastąpić zjawisko wyparcia potrzeb seksualnych. Uporządkowania myśli i ciała na bardzo skomplikowanych zasadach, w których najważniejsze są myślowy rygor i dyscyplina panowania nad sobą w każdym wymiarze. To nie celibat robi największą krzywdę dorastającym księżom. To sposób indoktrynacji oraz narzucania trybów życia, do których wszyscy muszą się bezwzględnie dopasować.

Wójcik zaznacza, że do XII wieku małżeństwa polskich księży były czymś normalnym. Początek dwudziestego stulecia na stałe zapisał słowo „celibat” w kodeksie prawa kanonicznego. Uwarunkowania umowy zatwierdzonej przez ludzi mają dawać prawo do interpretacji samotniczego życia jako modelu oczekiwanego przez transcendentną siłę. Co w rzeczywistości niesie w sobie opresyjność celibatu? Ta książka proponuje czytelne sugestie na temat tego, co dawałoby jego zniesienie i dla kogo jest on bardzo wygodny. Jakie pytania stawia przed księżmi i jakie wątpliwości zasiewa – w nich i opinii publicznej? Autor przysłuchuje się historiom kobiet, które pokochały księży. Tych, którzy byli gotowi zrezygnować dla nich z posługi kapłańskiej, oraz tych, którzy stale miotali się między miłością a ugruntowanym przez lata przekonaniem, czemu i w jaki sposób mają być posłuszni. Związki księży z kobietami i mężczyznami to nie są same historie z happy endem. Nie dlatego, że Kościół katolicki wkłada wiele środków w to, by tuszować wszelkie relacje osobiste nawiązane przez tych, którym nakazano wstrzemięźliwość i bezżeństwo. Chodzi o to, że zakochujący się księża potrafią być – jak wszyscy inni mężczyźni – nieodpowiedzialni w związkach, opresyjni dla swych partnerek czy partnerów. Jedynym wyjątkowo elektryzującym aspektem uciekania od celibatu w potrzeby ciała są opisane historie o pedofilii. Dramatyczne relacje tych, których księża skrzywdzili, ale za krzywdzącymi stoją potężne machiny do tuszowania zbrodniczych poczynań. To rzeczywiście wywołuje emocje. W całej dość mało emocjonującej książce.

Brakuje mi w „Celibacie” jakiejś reporterskiej dyscypliny, porządkowania prezentowanych wątków. Jest czytelnie zarysowana geneza oraz historia celibatu, idą za tym tematycznie spójne historie, których wysłuchanie i przeanalizowanie na pewno zajęło Marcinowi Wójcikowi sporo czasu. Jest sygnalizowane przekonanie, że celibat od dawna jest przeżytkiem i skoro hierarchowie kościelni nie chcą z nim zerwać – choćby po to, by majątków zmarłych nie dziedziczyły ich rodziny, odbierając dobra instytucji – zerwało z nim wielu wiernych (w takim znaczeniu, że romansujący ksiądz nie jest już tak często stygmatyzowany). Ksiądz, który błądzi między przekonaniem, iż robi coś złego – co w formie indoktrynacji mocno mu wpojono – jest człowiekiem zwyczajnie osamotnionym i zagubionym. Ciekawe są opinie samych księży o tym, jakie grzechy charakteryzują instytucję Kościoła katolickiego. Czy największym z nich jest hipokryzja? Teza o tym, że w Kościele dzieje się źle, broni się sama w sobie, bez sięgania po kwestię celibatu. Celibat jednak jest tu początkiem rozważań o ludzkiej potrzebie szukania dogmatów w tym, co stanowi jedynie ustalenie stworzone na przestrzeni wieków przez grupę ludzi. Konia z rzędem temu, kto uzna, co tematycznie w tej książce ma grać pierwsze skrzypce i który z tematów obrazować coś, z czego nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę.

Każda forma wypierania pragnień i potrzeb staje się osobistą opresją. Celibat funkcjonuje jako synonim opresji narzuconej, ale także czegoś, za czym stoją obostrzenia stworzone na potrzeby funkcjonowania instytucji, nie duchowego rozwoju człowieka. Po lekturze książki Marcina Wójcika można spojrzeć na mężczyzn w koloratkach z większą dozą empatii. Można także spojrzeć na problem szerzej. Warto odnotować opowieść londyńskiego księdza, który o kwestii celibatu wyraża się z wyjątkową, bardzo racjonalną atencją. Mogłaby to być książka o tym, kiedy i na jakich zasadach człowiek ustanawia sobie granice niekompatybilne z potrzebami swojego ciała. Jest „Celibat” na pewno historią o męskiej samotności i takim rodzaju wyobcowania, na które nie można się poskarżyć w wygodnym fotelu psychoterapeuty. Dla wielu swoich rozmówców Wójcik był właśnie kimś takim. Co mają dać czytelnikom te spowiedzi i opowieści? Szukam jasnej odpowiedzi na to pytanie i nie mogę jej znaleźć.

2017-09-16

„Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei” Anna Wiatr

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 12 września 2017

Liczba stron: 224

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Pogarda i perspektywy

Reportaż Anny Wiatr – choć niewielkich rozmiarów – podejmuje się próby diagnozy bardzo wielu problemów. Autorka analizuje kondycję kobiet decydujących się na przejęcie obowiązków opiekunek osób starszych w Niemczech. To nie jest sprawa jakiejś małej grupy, to kilkaset tysięcy skomplikowanych biografii tych, które decydują się na poświęcanie własnego życia dla ludzi niemogących już podjąć się żadnych poświęceń w sprawie swojego. Druga istotna kwestia to próba zanalizowania prawnych uwarunkowań umów pracy nakładających szereg dodatkowych obowiązków na kandydatki werbowane często telefonicznie i przekonywane zwyczajnymi kłamstwami na temat warunków pracy, do jakiej przystąpią za zachodnią granicą. Anna Wiatr opowiada także o tym, jak Niemcy – jak chyba każde społeczeństwo – nie chcą inwestować w starość, zdobywając pracownice obcego pochodzenia, których międzynarodowy status pracownika jest cokolwiek niejasny. W końcu także „Betrojerinki” są opowieścią o pogardzie i porzuceniu. O kobietach, które ukończyły np. czterdziesty rok życia i są zwyczajnie zbędne na polskim rynku pracy. O tym, jak funkcjonuje państwo, z którego muszą wydobyć się na trudną emigrację zarobkową. Ale przecież to żadne niewolnictwo ta praca przy niemieckich staruszkach, te panie mają przecież raj na ziemi i ich sytuację dosadnie skomentują w epilogu ci, którzy pracują w kraju w jeszcze gorszych warunkach.

„Betrojerinki” mają taki trochę dwubiegunowy wymiar. Z jednej strony autorka wyraźnie zaznacza motywacje do tego rodzaju pracy i mocno podkreśla, jakie rewolucje życiowe musiały przejść kobiety, których opowieści wysłuchuje. Zdaje sobie sprawę z tego, jak im trudno, i zaznacza codzienne aspekty trudności. Z drugiej jednak strony widzimy, że wyjazdy opiekuńcze to żadne współczesne niewolnictwo polskich kobiet, lecz bardzo często początki nowych życiowych dróg, lepszych możliwości, wreszcie świadomych wyborów i bycia kimś, kto nie jest zależny od toksycznego męża, zerowych możliwości rozwoju zawodowego czy śmiesznie niskiej stawki najniższego krajowego wynagrodzenia, za które nie można się utrzymać, godnie żyć. Bohaterkami reportażu są kobiety, które walczą o swoją godność i starają się zachować godność tych, którymi się opiekują. Bo Niemcy podchodzą do starości swych obywateli z kurtuazją, humanitaryzmem i dyskrecją. Nieco inaczej widzą rolę polskiej pracownicy, która zmienia się w całodobową niańkę niemającą prawa zamykać na noc drzwi do pomieszczenia, gdzie próbuje przespać noc.

Anna Wiatr jest uważna i dociekliwa. Poza zapisami wysłuchanych historii odnajdziemy w książce także zapisy trudnych rozmów. Tych dotyczących ustaleń prawnych wobec prezentowanej pracy i tych, które dotyczą samych pracownic widzianych oczyma szefów zatrudniających je agencji. Nie wszystkie panie pracują całodobowo, znajdują się takie wykorzystujące system uwarunkowań prawnych dla własnych korzyści. Większość jednak jest empatyczna i oddana. Poświęcają lata życia dla ludzi, którzy nierzadko traktują ich bardzo surowo. Jedna z rozmówczyń Wiatr zadaje dramatyczne pytanie retoryczne o to, dlaczego sama ma poświęcać i tracić własne życie dla pracodawczyni, która tego życia już się wyrzeka.

Autorka na wstępie sama precyzuje temat reportażu. Jak go określa? „Prozaiczne aspekty stosunków polsko-niemieckich ze starością w tle”. Ta starość jest widoczna w tym, co stanowi codzienność pracy, ale jest także mglistą wizją przyszłości – ta polska może przerażać, ta niemiecka zadziwia precyzją w formach i strukturach opieki nad ludźmi, którzy już nigdy nie będą w stanie wrócić o własnych siłach do społeczeństwa. Wiatr zwraca uwagę na to, że mnóstwo kobiet wyjeżdżających do niemieckich miast i wsi chce w pewien sposób zacząć późno nowe życie. Odzyskać własną godność i odnaleźć możliwości. Opieka nad starszym człowiekiem to zawsze praca tymczasowa. Zwłaszcza gdy jest to ktoś, kto w niedługim czasie pożegna się z życiem. Ta tymczasowość jednak daje okazję do tego, by przewartościować życie i zadać sobie pytania o niepewną przyszłość, którą wreszcie można dojrzeć w jakichś wyraźnych konturach. Ot, polsko-niemiecki paradoks.

Opowieści rozmówczyń i rozmówców Anny Wiatr inkrustowane są ofertami, w których koloryzuje się niemiecką rzeczywistość, by skusić do pracy często niezwykle żmudnej, wymagającej bardzo dobrej kondycji psychicznej, ale przede wszystkim empatii i cierpliwości, jakich nie sprawdzą szybkie rozmowy kwalifikacyjne – o ile takie mają miejsce. Świat podtytułowej (bez)nadziei rozpięty jest między oczekiwaniami a bolesną rzeczywistością, która ich nie spełnia. Ta polska frustruje i zmusza do wyjazdów. Ta niemiecka z jednej strony umożliwia pewien rozwój i planowanie czegoś lepszego, z drugiej jednak – okrutnie doświadcza konfrontacją z chorobą i umieraniem. Nikt w zasadzie nie sprawdza psychofizycznych uwarunkowań do pracy niosącej w sobie coś z misji i całkowitego poświęcenia. Ceną godności okaże się poświęcenie własnego życia dla niemieckiego staruszka. Pojawiają się problemy, których nie jest w stanie zrozumieć niemiecka rodzina. A w tym wszystkim ten potężny ruch emigracyjny wciąż trwa, to wspomniane setki tysięcy kobiet ruszające na spotkanie z tym, co inne – niejednokrotnie przerażające, wielokrotnie odbudowujące poczucie własnej wartości.

Anna Wiatr feminizuje to zajęcie i udziela głosu ledwie jednemu mężczyźnie, który zajmuje się opieką nad osobami starszymi w Niemczech. Pojawia się teza, że mężczyźnie jest łatwiej i potrafi być bardziej asertywny. Trudno powiedzieć, czy tak jest do końca, bo procent mężczyzn podejmujących się opisywanych zajęć wcale nie jest taki mały. Być może teza autorki optuje za tym, by przyjrzeć się skomplikowanym uwarunkowaniom losu oraz pracy przede wszystkim przez pryzmat kobiecych doświadczeń. Kobiet, które Polska spycha na margines. Nieprzydatnych w niej do niczego, jak stwierdza jedna z rozmówczyń. Cierpienia i śmierci niemieckich pracodawców dają jednocześnie szansę i możliwość rozwoju polskich pracowniczek. To najbardziej bolesny – zaznaczony już – paradoks, jaki rysuje się w tym reportażu. Rzeczy bardzo przejmującej i napisanej z dużym zaangażowaniem w to, co można usłyszeć gdzieś ponad opowieściami o codziennym znoju usługiwania obłożnie chorym. Anna Wiatr podejmuje temat, który wcześniej niewielu interesował. Sytuuje go w kilku kontekstach i okrasza ironicznym, bardzo mocnym w swej wymowie epilogiem, o którym zdążyłem już wspomnieć. „Betrojerinki” to opowieść o kobietach w sile wieku, którym odbierana jest podmiotowość, zabierane są możliwości wyboru. Jednocześnie to wielogłosowa opowieść o ludzkim upodleniu. O tym, w jaki sposób społeczeństwa postrzegają starość i jak trudno jest ze starością godnie postępować.

To reportaż, po którego lekturze pojawi się w nas wiele złości, ale i świadomość tego, jak bezradni od dekad jesteśmy wobec polskich uwarunkowań stosunku pracy i możliwości tej pracy na szeroko pojętym rynku. To historia o tych, którym się udaje, i o kobietach, które wciąż płaczą, gdy nikt nie widzi. O dwóch rzeczywistościach – opresyjnej polskiej i tej skrytej pod płaszczykiem humanitaryzmu, ale wymagającej – niemieckiej. „Betrojerinki” to także dowód zainteresowania prozaicznym życiem, któremu – przynajmniej w Polsce – reporterzy nie zawsze chętnie się przyglądają. Uczciwie napisana książka. Z empatią i pokazaniem różnych perspektyw. Opowieść odczarowująca szarość i pokazująca, w jak trudnej sytuacji znajdują się opiekunowie osób starszych i schorowanych także w Polsce.


PATRONAT MEDIALNY

2017-09-12

"Yoro" Marina Perezagua

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 12 września 2017

Liczba stron: 384

Przekład: Andrzej Flisek

Oprawa: twarda

Cena det.: 44 zł

Tytuł recenzji: Całe zło tego świata

Problemem powieści Mariny Perezaguy nie jest przesłanie – akcentowane nad wyraz czytelnie, prezentowane etapami, dydaktycznie przewidywalne. Problemem jest język tej powieści i taki rodzaj konstrukcji frazy, który opowiadając o wszystkich okrucieństwach tego świata, osuwa się momentami w śmieszność i jest fasadowo dramatyczny. Dodatkowo „Yoro” to całkowity przesyt. Portretowania kondycji ludzkiej samotności w każdym wymiarze, także ontologicznym i seksualnym. Obrazowania tego, co daje okrutne świadectwo ludzkiej natury, będąc jednocześnie wstydem, z którego nigdy nie możemy się wydobyć. O ile śledzenie motywacji i przeżyć bohaterki prezentującej intymny monolog wewnętrzny może być frustrujące ze względu na wciąż dopadające ją stany lękowe na przemian z kompulsywną aktywnością związaną z tym, że jeździ po świecie zapatrzona w jeden cel, o tyle wyjątkowo męczące staje się dalsze śledzenie tego, jak ukazywany jest pejzaż emocjonalny narratorki, bo „Yoro” staje się powieścią o zbyt wielu sprawach naraz. Zaczyna pękać w szwach i gubić swoją spójność nie tylko w wyniku pretensjonalnych wolt i dygresji np. o waginie wieloryba czy apoteozie zapachu moczu i potu. Odnosi się wrażenie, że ta hiperbola ludzkiego zła – od bomby atomowej po wykorzystywanie do niewolniczej pracy w Afryce – nadzwyczaj lekko zmierza ku zapowiedzianemu rozwiązaniu finałowemu. Perezagua umieszcza nas w przestrzeniach tak nieznośnej opresji, że możemy się z nich tylko wycofywać. Jej bohaterka zaczyna brać na siebie cierpienia całej ludzkości. Mesjanizm kobiety jest podkreślany przez złożoność problemów tożsamości. To nie tylko ta, która niesie w sobie ślady bomby zrzuconej na Hiroszimę. To ta, która w niedostateczny sposób jest kobietą i równocześnie mężczyzną. Bomba dobiera się do jej miejsc intymnych. Stamtąd wydobywają się jej opowieści o poczuciu akceptacji, miłości, poszukiwaniu szacunku do siebie i odnajdywaniu się między granicami płci. Za dużo jak na jedną książkę, która dodatkowo nie jest objętościowo zbyt imponująca. „Yoro” będzie wyzwaniem czytelniczym stawiającym wobec dylematów o zasięgu globalnym i jednocześnie bardzo intymnym.

Nazywa siebie H. To niema litera hiszpańskiego alfabetu. Jako nastolatka przeżyła eksplozję naznaczającą ją na zawsze. Nie dopadły jej dolegliwości związane z promieniowaniem. Przetrwała czas, którego nie przetrwały setki tysięcy mieszkańców Hiroszimy. Potem doświadczenia będące udziałem całej ludzkości. Odrzuciła pomoc specjalistów od mnożenia schorzeń duszy. Ustanowiła priorytety, dzięki którym obserwując przejawy ludzkiego zła, mogła się od nich wyzwalać. A jednocześnie dokonała aktu mordu, wpisując się w mroczne karty ludzkości, dla której wojna jest jednocześnie raną, bólem i wstydem. Poza wojną – wszystkie wyobrażalne formy okrucieństwa, z obecnością których H nigdy się nie pogodziła. Jest jednak morderczynią. Opowiadając swą historię hipotetycznemu sędziemu, chce zaznaczyć wszystkie jej etapy i udowodnić, że popełniając zbrodnię, stawiła czynny opór władzy. Przejęła narzędzie przemocy, które opresyjnie uwierało ją od momentu zetknięcia się ze śmiercionośnym ładunkiem w rodzinnej Hiroszimie. Do tej opowieści dołącza tytułowa Yoro. Córka, której H nigdy nie mogła mieć, i amerykański wyrzut sumienia z powodu okrucieństwa wojny. Dziecko będące narzędziem do politycznego tłumienia wyrzutów sumienia. Pokochane w ekstremalnie trudnych warunkach. Odbierane i przekazywane innym. Poszukiwane przez nieszczęśliwą parę kochanków, którzy znaleźli miłość po tym, jak chciano ich wyzuć z ludzkich uczuć.

Perezagua tworzy ważną opowieść o postrzeganiu faktu. O tych wszystkich formach zniewolenia i okrucieństwa, które są dla nas komentowane i przetwarzane jako obiektywne w relacjach i tekstach źródłowych. „Yoro” to opowieść o tym, że każdy bolesny fakt z życia ludzkości można zrozumieć przede wszystkim dzięki jego przeżyciu. Wszystkie potworności, jakich H doświadczyła w swym długim życiu, są jednocześnie obserwowane i komentowane wbrew temu, jak opisują je ci, których nie było na miejscu, nie widzieli krzywdy i cierpienia. Cóż może język w konfrontacji z torturami czy śmiercią? Jak opisać moment, w którym promienny wybuch niszczy wszystko i wszystkich, zabiera ze sobą ludzkie nadzieje, dramaty i oczekiwania? H wciąż wspomina Hiroszimę, bo stamtąd się wydobyła i tam zaczęła doświadczać wyobcowania w cierpieniu. Obdarza miłością Jima, który jest rodakiem tych, co zniszczyli Hiroszimę, i jednocześnie ofiarą odwetu. Jim i H kochają się wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew osobnym lękom przed światem. Łączy ich konieczność odnalezienia dziewczynki, którą najpierw oddano w opiekę Jimowi, potem zaś odebrano i zatarto ślady, po których można byłoby podążać, odszukując dziecko.

„Yoro” to historia nie tylko o tym, w jaki sposób ludzie upodlają i niszczą siebie. To także chwilami wyjątkowo sugestywne świadectwo więzienia, którym nie jest okrutny świat, lecz własne ciało. H wie, że wybuch bomby nie tylko zabrał jej to, co miało stanowić o płci i roli w społeczeństwie. Musi ukształtować się jako kobieta niepełna, rozdarta, wciąż w różny sposób stygmatyzowana. Kobieta, którą nie jest do końca, i mężczyznąa, którym być może miała być. Znamienne jest poczucie straty po wybuchu zestawione z narzędziem, którym H dokonuje wspomnianego na wstępie zabójstwa. Perezagua mówi o skomplikowanej strukturze tożsamości seksualnej, do której dołącza wątek macierzyństwa niespełnionego i ciąży wykorzystanej w symboliczny sposób, by odnieść się do okresu oczekiwania, w którym H odnajdzie Yoro i wraz z nią swój cel oraz status.

Hiszpańska pisarka opowiada o obsesyjnym przywiązaniu do życia wbrew temu, jakie okrutne jego świadectwa oglądamy oczyma jej bohaterów. To historia o duchowym odrodzeniu i akcie akceptacji swojego losu. Coś jednak trzeba zdobyć i osiągnąć, by uzyskać choć na chwilę egzystencjalną harmonię w tym okrutnym świecie, gdzie nie ma harmonii między dobrem a złem. Zła w każdej postaci jest w tej książce bardzo dużo. Wojna to punkt wyjścia rozważań i jednocześnie pewien jej koniec. Kompulsywne podróże po świecie, w którym przemoc, gwałty, tortury i każda inna forma opresji określają ludzi jako tych, którzy potrafią doskonale zadawać ból, ale w żaden sposób nie potrafią o nim potem opowiadać. „Yoro” to powieść o bolesnym aspekcie życia ze świadomością cudownego ocalenia, ale także historia wydobywania się z tego, co przemoc pozostawia w psychice na zawsze. Szkoda, że napisana momentami pretensjonalnym stylem, w którym toczą walkę o pierwszeństwo przeżycia fundamentalne i opisy subiektywnych neuroz. Wtedy bowiem czytanie Perezaguy staje się formą opresji – dla czytelnika. Powieść robi niewątpliwie duże wrażenie, ale zastanawiam się nad tym, czemu służyć ma tak irytująco afektowana forma opowiadania o globalnych i intymnych problemach świata współczesnego.

2017-09-10

„Fińskie dzieci uczą się najlepiej” Timothy D. Walker

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 31 sierpnia 2017

Liczba stron: 202

Przekład: Marta Kisiel-Małecka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Nowa perspektywa

To dość ciekawa książka wychodząca naprzeciw mitom i rzeczywistości fińskiej edukacji. Te pierwsze – siłą rzeczy – są powtarzane i bezrefleksyjnie utrwalane. Rzeczywistość jest zmienna, aczkolwiek Finowie wypracowali sobie bardzo solidny fundament pracy edukacyjnej. To pokłosie zaledwie dwóch lat doświadczenia amerykańskiego nauczyciela, który niechlubne wzorce ze swej ojczyzny skonfrontował z innowacyjnością – tak przez niego postrzeganą – systemu edukacji opartego przede wszystkim na demokracji, swobodzie, radości i umiejętności współpracy. Timothy D. Walker sam pracował i odwiedzał inne fińskie szkoły. Tuusula, Kauhajoki czy Jokela nie były uwzględnione na liście miejsc, które odwiedzał. A przecież tam w szkołach miały miejsce strzelaniny i tam ginęli uczniowie. Ci fińscy uczniowie, którzy przecież mają się tak wspaniale, a sięgają po broń jak żadni inni w Europie. Walker w pewien sposób utrwala to, co niosą w sobie mity o fińskim systemie edukacji. Opowiada jednak uczciwie o własnych doświadczeniach, o zderzeniach z inną mentalnością, innymi programami nauczania, inaczej ukształtowanymi podopiecznymi. Zupełnie nieświadomie – w pełnej pokorze – podkreślając ten amerykocentryzm, gdy wciąż nazywa Finlandię krajem niewielkim, małym i maleńkim. A jednak stamtąd wydobywa prawdziwe inspiracje. Tam odradza się duchowo i mentalnie jako nauczyciel. „Fińskie dzieci uczą się najlepiej” to bowiem książka przede wszystkim dla nauczycieli. Także dla tych, którzy uczestniczą w procesie rozwoju młodych ludzi i kształtowania ich sposobu patrzenia na świat. Po fińsku jest niby spokojnie i bez stresu, a jednak to w Finlandii europejscy uczniowie zabijają się w szkołach…

Autora przed wypaleniem zawodowym już na progu nauczycielskiej kariery ratuje żona Finka. Walker jest szczęściarzem, otrzymując posadę w Finlandii. A warto wiedzieć, w jaki sposób opisuje trudny status obcokrajowca usiłującego znaleźć tam pracę Jussi Valtonen w swej znakomitej powieści… krytycznofińskiej „Nie wiedzą, co czynią”. Tak czy owak etat jest i przed Walkerem stają niesamowite wyzwania. Dopasować się i zrozumieć. To, co inne, zaskakujące, niejednokrotnie powodujące zagubienie, ale zazwyczaj poszerzające horyzonty myślowe. Bo fiński model edukacji to źródło samych dobrych inspiracji. Wielu z nas zna go dość dobrze, stąd też moje odczucie, że ta książka – paradoksalnie – mówi nam dużo więcej o amerykańskim, a nie fińskim sposobie pracy w szkołach. Autor nawiązuje do doświadczeń w ojczyźnie nie tyle po to, by je deprecjonować, ile przede wszystkim w celu pokazania, jak niewłaściwe standardy ustanowiono w szkołach w USA i jak bardzo wyczerpująca może tam być praca nauczyciela. Timothy D. Walker zaczyna rozumieć, że praca efektywna to nie jest praca czasochłonna. Wartości tego, co robi, nie określają godziny poświęcone własnej profesji. Nie w takim natężeniu, które prowadzi do wypalenia zawodowego. Bo fińscy nauczyciele się nie wypalają i to, co opowiada nam o nich ta książka, dla polskiego czytelnika może być dużo ciekawsze niż historie fińskich uczniów.

Nauczyciele w Finlandii nie działają w pojedynkę. Nie emocjonują się tym, co niezdrowe, i nie żyją w poczuciu wzajemnej rywalizacji, bo w każdej szkole tworzą zespół. Współpracują i uczą współpracy podopiecznych. Bliskie relacje z uczniem polegają na tym, by poznać go naprawdę. Poznają też samych siebie. Tworzą małe społeczności. Pewne tego, co robią, albowiem status społeczny fińskiego nauczyciela jest bardzo wysoki. Nie każdy też może nim zostać. Walker analizuje swoją własną tożsamość belfra przez pryzmat tego, co robią na co dzień i co oferują mu jego fińscy koledzy po fachu. I tu zaczyna się fascynująca opowieść o tym… czego autor książki sam się nauczył, pracując przez dwa lata w innym rytmie i z innymi priorytetami. Z dziećmi, które są w gruncie rzeczy takie same pod każdą szerokością geograficzną. W Finlandii jednak wyjątkowo traktowane, bo uznaje się ich suwerenność i samodzielność. Ale rozwiązania obserwowane w fińskich szkołach twórczy nauczyciel jest w stanie przenieść na swój grunt, gdziekolwiek podejmie się pracy. Zasadnicza teza tej publikacji głosi bowiem, że doskonałe fińskie wzorce nie są zarezerwowane tylko dla tamtejszych dzieci i nauczycieli.

„Fińskie dzieci uczą się najlepiej” to bardzo pouczająca opowieść o tym, co znaczy w dzisiejszych czasach być nauczycielem. To historia uniwersalna o specyfice tego zawodu. O tym, że nauczyciel musi być empatycznym dyplomatą, który ma zdolność dopasowania się do nowych sytuacji i przede wszystkim nosi w sobie gotowość do wewnętrznych zmian. Fińscy uczniowie nie tylko słuchają siebie nawzajem. Potrafią słuchać nauczyciela, kiedy doradza i krytykuje. To nie jest tak, że system, który chce opisać Walker, oparty jest na całkowitej swobodzie bez nakreślania granic. Myślę, że granice tkwią w samym autorze – mentalne, emocjonalne. Mierzy się z nimi i przekracza je. Finlandia daje mu szansę szerokiego spojrzenia na nauczanie jako takie. Dlatego te opowieści wzbudzają zainteresowanie: bo kreślą etapy przemiany człowieka, który opuszcza Finlandię zupełnie inny niż był. A przecież wyposażony w te same umiejętności prospołeczne oraz warsztat pracy. Jednak ta podróż to przemiana. Sam system edukacji to początek rozumienia tego, jak zmienić swoją pracę na taką, która gwarantuje pełną satysfakcję.

Kiedy czyta się o doświadczeniach z samodzielnością i kreatywnością fińskich podopiecznych Walkera, nasuwa się oczywiste pytanie o to, czy rzeczywiście wszystkie dzieci dorastają mentalnie i społecznie do tego, by traktować je z tak dużą dozą zaufania. Jak te wszystkie wspaniałe idee mają się do pracy z młodzieżą trudną i w kontaktach z różnymi rodzajami patologii szkolnej lub środowiskowej? Walker uczy w anglojęzycznej szkole przez dwa lata. Trochę cieplarniane warunki do tego, by wdrażać wszystkie zasadnicze przesłania fińskiego systemu edukacji. Odnosi się wrażenie, że wszystko zaczyna być mocno idealizowane, dlatego traktuję tę książkę nie jak wiarygodny i rzetelny obraz prawdziwego spotkania ucznia i nauczyciela, ale przede wszystkim jako osobisty zapis doświadczania widzenia samego siebie oraz swojej roli w innym świetle. Czasem dość naiwny, gdy czyta się, jakim odkryciem dla autora jest spostrzeżenie, że należy wietrzyć klasę. Czasem wzruszający, bo pokazujący, że sposób pochylenia się nad podopiecznym to nie tylko koncentracja na tym, by czegoś go nauczyć. Fińskie dzieci uczą się najlepiej” to przede wszystkim sugestywna opowieść o ludzkim partnerstwie. O wzajemnym wsparciu i umiejętności pokazywania świata, bez zaznaczania jego konturów i wypełniania go interpretacjami. Finowie mają świetny system edukacji. Każdy z nauczycieli może pracować – choć przez chwilę – jak fiński nauczyciel. Sposoby na wprowadzenie w szkole radości to nie tylko ładnie brzmiące punkty. Tak, to rzecz dla wszystkich tych, którzy wiedzą, że uczymy się postrzegać świat właściwie całe życie. My także kształtujemy jego ograniczenia i otwieramy się na nowe możliwości. Pouczające, choć aż za bardzo zgodne z mitami o tym, jak się uczy w Finlandii.

2017-09-05

„Na gigancie” Peter May

Wydawca: Albatros

Data wydania: 30 sierpnia 2017

Liczba stron: 400

Przekład: Jan Kabat

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dwie podróże

Peter May zgrabnie połączył powieść kryminalną z inicjacyjną, dokładając wszelkich starań, by czytelnik po lekturze powiedział sobie, że od dziś żyje tak, jak chce, zrywa z wszelkimi uwarunkowaniami oraz lękami i ma świadomość tego, że najważniejsza w egzystencji jest jej intensywność. Chciałoby się w to wszystko uwierzyć, ale po pierwsze, nie jest łatwo, po drugie zaś – szkocki autor serwuje nam w dość interesującej fabule w dwóch płaszczyznach czasowych garść bolesnych truizmów, które nieco niszczą tę książkę. Powieść między innymi o tym, jak różni nas perspektywa patrzenia na siebie. W jaki sposób oceniamy swoje zachowania i jak odmienne są sfery naszych potrzeb od tego, co realizujemy, by je zaspokoić. To dość interesująca narracja o pogoni za złudzeniami i grzęźnięciu w szarej przewidywalności. Opowieść o konsekwencjach naszego postępowania, z którymi nie zawsze się liczymy. I o zemście – nieprzewidywalnej i zaskakującej w brawurowym zakończeniu. Peter May zadaje pytanie o to, na ile możemy w życiu osiągnąć spełnienie i ile gorzkich doświadczeń czyni nas w gruncie rzeczy ludźmi niespełnionymi.

Do Londynu potajemnie przybywa były gwiazdor filmowy. Ukrywał się przez większą część życia, jednak tuż po dotarciu do brytyjskiej stolicy od razu nawiedza go morderca. Śmierć jest szybka i w miarę bezbolesna, ale stoi za nią cała rozbudowana historia niekoniecznie ogniskująca się wokół osoby denata. W 1965 roku ktoś dokonał innej zbrodni, a w związku z nią wydarzyło się też coś, co na zawsze zmieniło życie wielu młodych ludzi. Ci młodzi ludzie są już w jesieni życia i w 2015 roku niektórzy z nich podejmą się konfrontacji ze wspomnieniami i tym, co ich naznaczyło. May zaproponuje nam dwie szaleńcze podróże, dwa giganty z Glasgow do Londynu. Ta pierwsza wyprawa to spontaniczne działanie ludzi gotowych zerwać z życiem, jakie ich nie satysfakcjonuje. Druga to zaplanowana przez jednego ze staruszków eskapada, której finału wszyscy pozostali są ciekawi. Minęło pół wieku, ale bohaterowie ruszają w drogę z podobnym bagażem doświadczeń co przed laty. Niektórzy sfrustrowani i pełni goryczy. Adrenalina szaleństwa sprzed lat powraca. Podróż z 2015 roku ma wyjaśniać mroczne tajemnice młodzieńczej ucieczki z roku 1965. Peter May przykłada się do tego, by dwie narracje uzupełniały się i zazębiały. Do czasu, kiedy pozostanie już tylko teraźniejszość i moment, w którym ktoś odpowie za czyjąś śmierć.

Jack Mckay nie ma zbyt wielu interesujących wspomnień. Poza czasem, w którym wraz z czwórką przyjaciół uciekał do Londynu. Do tego Londynu, do którego uda się po latach, choć sam nigdy nie zdecydowałby się na taką podróż. Jack żyje w poczuciu niespełnienia – życie okazało się zupełnie inne od jego oczekiwań i osiadł w nim na tyle smętnie, że zaczęło tworzyć cykl powtarzalności. Nudę i rutynę, w których odchodziły od Jacka bliskie mu osoby. Okazuje się, że umierający dziś kumpel sprzed lat, który miał być wokalistą ich własnego zespołu, decyduje za Jacka i postanawia przerwać mroczny ciąg rozpamiętywania nijakości. W Glasgow jest ich trzech z piątki sprzed lat. Postanawiają ruszyć w taką samą drogę, jaką przebywali bez poczucia niestosowności, bez lęku przed przyszłością, bez planów i bez poczucia tego, że wszystko, co w życiu robimy, ma pewien ciąg dalszy w postaci konsekwencji. W tę podróż po latach zostanie wmanewrowany jeszcze ktoś. Mężczyzna już na starcie czyniący życie bezwartościową walką z upływem czasu. Staruszkowie przypomną sobie iskrzący we wspomnieniach czas, w którym świat był ich. Ktoś nowy w gronie uświadomi, czym jest prawdziwe życie, jego doświadczanie. May proponuje powieść opartą na powtarzalności z wyraźnym zaznaczeniem faktu, iż nic tak naprawdę nie może wydarzyć się ponownie – nie w tym samym znaczeniu i kształcie. Bohaterowie „Na gigancie” odnajdą bliskość sprzed lat tam, gdzie bezskutecznie jej poszukiwali po tym, gdy młodzieńcza wyprawa się zakończyła.

Peter May pokazuje mechanizm zbliżania się ludzi, dla których rzeczywistość nie jest łaskawa. Takich, których system odznacza jako margines, i takich, dla których życie to wieczne wyrzeczenia i tłumiony żal. Szkoccy chłopcy uciekają od opresji zobrazowanej tylko punktowo, ale bardzo sugestywnie. Docierają do wielkiego miasta, w którym mogą czekać na nich możliwości, bo takie metropolie jak Londyn to tylko miejsca, gdzie można się odnaleźć, nie zagubić. Tymczasem z letniej dosyć historii o młodzieńczej fascynacji muzyką i zmianami wydobywa się coraz bardziej mroczna powieść kryminalna. „Na gigancie” nie równoważy ciężarów gatunkowych. Nie jest to zatem książka do jasnego sklasyfikowania, niemniej historia oparta na stosunkowo prostym języku i formach obrazowania. May nie dąży do tego, by każdy z jego bohaterów przeżył coś na kształt duchowego oczyszczenia. Zbliża nas do nich na tyle, byśmy mogli zrozumieć, jak gorzkie mogli mieć życie i jak wiele stracili, podejmując przed laty takie, a nie inne decyzje. Poza tym opowiada cały czas o odpowiedzialności za siebie i w dość dydaktyczny sposób nakreśla relacje winy i kary. Trochę to wszystko nazbyt oczywiste i tonące w pretensjonalnych mieliznach – także językowych. Trzeba jednak przyznać, że dynamika rozwoju akcji jest zachowana od początku do końca. Ruszamy zatem w dwie podróże, ale analizujemy przede wszystkim życie jako specyficzny rodzaj podróżowania.

Jest w tej książce wszystko, co możemy sobie skojarzyć z buntowniczą młodością i trudnym okresem starości. Niewiele możemy sobie wyobrazić i ta dosłowność to wada powieści. May koncentruje się na tych okresach życia człowieka, w których albo nic nie jest pewne i nie ma wyraźnych kształtów, albo nie pozostaje już niczym innym jak cieniem przeszłości. Co pomiędzy? Co jest treścią życia dojrzałego? Co to znaczy żyć celowo? I czego nie należy się w życiu bać? Wszystkie tematy trącą wtórnością, ale konfrontacja młodości ze starością jest tu dość ciekawym zabiegiem mającym uzmysłowić liczbę możliwości – tych, o których nie myślimy, i tych, z których zbyt późno zdajemy sobie sprawę. A jednak jest w klimacie tej narracji coś kojącego i odrywającego nas od schematów. „Na gigancie” to przecież piękna opowieść o braterstwie, przywiązaniu i rozumieniu tego, jak ważne są życiowe wybory podejmowane czasem zupełnie impulsywnie. Czyta się Maya mimo wszystko z dużą przyjemnością i poczuciem, że jest to książka ważna, mówiąca istotne rzeczy i skłaniająca do właściwych refleksji. Ma też bardzo ciekawie skonstruowany finał, który koi niedosyty i nakreśla w wyraźnych konturach to, co ledwie majaczy wcześniej. Wiemy ostatecznie, o czym i o kim jest powieść. Wiemy także, że przeczytaliśmy książkę, która powinna w nas na dłużej zostać, bo to, o czym opowiada, jest rzeczywiście istotne. Nie dla wszystkich zauważalne.

2017-08-31

„Na linii świata” Manuela Gretkowska

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 sierpnia 2017

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Apokalipsa i chaos

Zadziwia mnie literacki fenomen Manueli Gretkowskiej. Osoby tak uważnej w obserwacji świata, tak wnikliwej w jego postrzeganiu, tak inteligentnej w wydobywaniu jego absurdów, a tak kompletnie niepotrafiącej o tym wszystkim napisać dobrej powieści. Już od wielu, wielu lat. „Na linii świata” przyciągnęło moją uwagę tym, że po pierwsze – jak głosi wieść wydawnicza – autorka na coś się odważyła (musiał być to niezwykły krok, bo Gretkowskiej w żadnym aspekcie działalności i sposobu wyrazu odwagi nie brakuje), a po drugie – wpisała się w modny katastroficzny nurt literatury współczesnej, na którym niektórzy co nieco ugrali, a z innych się śmieją. Manuela Gretkowska nie wniesie niczego, co mogłoby wywoływać ogólnospołeczne dyskusje, ale też w żaden sposób nie jest śmieszna. Groźna i zagadkowa do pewnego momentu. Potem kompletnie niezrozumiała w tym, co chce przekazać, gdy łączy ze sobą tanie science fiction i teorie fizyki kwantowej. Powieść otwarta jest bardzo dobrze i chociaż nerw publicystyczny każe w niej topić za dużo i w nierównomiernych proporcjach, ze strony na stronę jest coraz bardziej obiecująco. Do pewnego momentu jednak. Może do tego, w którym porzucona jest ta ułomna ludzkość, a wprowadzona pewna wykładnia dziejów niejako z zewnątrz. A przecież to narracja o ludzkich troskach, potrzebach, zagubieniu i wstydzie. Szkoda, że ludzie w niej sami za siebie nie mówią.

Nie będziemy tutaj mieli do czynienia z klasyczną dystopią, ponieważ wszystko zaczyna się jak obyczajówka takiej frazy, do której Gretkowska zdążyła nas przyzwyczaić. Zanim akcja przeniesie się za ocean, otrzymujemy – którą już z kolei tego pióra – opowieść o tym, jak przedmiotowo traktowana jest w Polsce kobieta i jak często fasadowe w swych założeniach mogą być ruchy feministyczne skupiające przedstawicielki charakteryzujące się odrobiną (a może wcale nie odrobiną) hipokryzji. Natasza zarabia na wideospotkaniach ze stęsknionymi wirtualnego seksu mężczyznami, studiując jednocześnie psychologię, na którą na pewno nie poszła po to, by przeanalizować rodzinne traumy stawiające ją w gronie głodnych samopoznania kandydatek na ten kierunek. Natasza prowadzi specyficzną grę i jednocześnie badania terenowe. Nie dochodzi do żadnych zasadniczych wniosków, a jej partnerzy po drugiej stronie ekranu komputerowego mają chyba więcej namacalnych korzyści. Bohaterka wydobyła się z prowincji, gdzie w XXI wieku zasięg telefonii komórkowej jest czymś deficytowym i na jego braku można zarobić. Stara się żyć tak, by skrywać wewnętrzne niedosyty i jednocześnie nie obnażać się za bardzo przez nikim. Woli nagość przed komputerem, a tej metaforycznej się wstydzi. Boi się tego, co ją czeka w świecie, który staje się coraz bardziej konserwatywny i gdzie intelektualista z robotniczej rodziny chadza z ostrym narzędziem, którego gotów jest użyć – dla zemsty lub zabawy. Okrutnie potraktowana przez dziekana postanawia zrejterować. Z uczelni i z wirtualnej rzeczywistości. Pod adres kogoś, kogo spotkania w internecie interesowały nieco inaczej niż pozostałych.


Tom decyduje się na sprowadzenie Nataszy do amerykańskiej Doliny Krzemowej, by dziewczyna zajęła się jego autystycznym dzieckiem. Rodzinne zatomizowanie, jakim naznaczone będzie życie Toma, zainicjowała już matka, wobec której trzeba było być żebrakiem czułości. Ta druga matka, partnerka Toma, też okazała się matką wolącą trzymać się na dystans ze swym macierzyństwem i wynikającymi z tego obowiązkami. Ethan przejął po ojcu pewną atrofię uczuć i emocji. Widzi świat, który tworzy na własnych zasadach. Do tego świata usiłuje dotrzeć Natasza. Nowy kraj, nowe wyzwania, nowe relacje. Ludzie z otoczenia Toma są równie ekscentryczni jak on sam. Kryją w sobie tajemnice albo kompulsywnie się kochają i tak samo działają, mówiąc obcym wszystko – także to, czego obcy nie chcą słuchać. Interesujące jest w tej części powieści zarysowane tło socjologiczne, w którym tkwią ludzie wygodni (majątek, odpowiednia miejscówka, czas i ochota na wszelakie formy ekscentryczności) i tacy, co dotarli już do pewnego kresu swoich doznań oraz osiągnięć. Tom jest zajęty zmienianiem rzeczywistości, z którą tak naprawdę nie ma żadnego kontaktu emocjonalnego. Ethan tkwi w bezpiecznym kokonie, gdzie nie ma miejsca na bliskość kogokolwiek. Śmiali w sferze obyczajowej i seksualnej sąsiedzi Toma także odcinają się, zaprzeczając i poszukując jednocześnie. Świat tych relacji doskonale się rozpada. Natasza nawiąże bliższą więź z kimś innym, tworzącym przez dłuższy czas tylko tło. Liczy się na to, że apokalipsa zawłaszczy tę nicość, ale pozostawi swoich bohaterów z wszystkim, co ludzkie. Gretkowska idzie w innym kierunku. Zaczyna mieć paradoksalnie coraz mniej do powiedzenia w momencie, w którym zacznie wyjaśniać genezę zapoczątkowanych zmian. Sensacyjna fabuła jeszcze nadal przykuwa uwagę, ale tylko do pewnego momentu. Wtedy robi się już naprawdę nieznośnie.

Wszystkie dyżurne tematy autorka doskonale już przerobiła, tworząc książki z podobnymi problemami i podobnym schematem stawiania pytań. To, co opresyjne, dalej jest tym samym. To, z czym walczymy wewnętrznie, także zostało zdefiniowane. Tu dochodzi też wspomniana już rozpoznawalna fraza. Dialogi i sytuacje są afektowane, dość teatralne, kompletnie się nie zazębiają i w oczekiwaniu na piękną katastrofę Gretkowska serwuje nam opary absurdu oraz narastający chaos. Tak, „Na linii świata” to kolejny dowód na to, że pisarka jest mistrzynią literackiego chaosu. Chce opowiedzieć o świecie, który mimo naszych koszmarnych ingerencji zawsze jakoś dawał sobie radę i zapewne da w przyszłości. Tutaj apokaliptyczność sugerowana jest w kilku wymiarach, a element oczyszczenia czy jakiejś jasno wyrażonej refleksji nie oczyszcza pola działania szalonej wyobraźni Manueli Gretkowskiej. Niejasny jest status samej Nataszy, bohaterki pierwszoplanowej i zarazem epizodycznej. Nie chodzi o to, że trzeba się pewnych kwestii domyślać, ale o to, kto te zasadnicze wypowiada albo też swoim zachowaniem wyraża. Dlatego ta narracja – jak wiele poprzednich – znowu jest nieudana, bo językowo kaleka i z dość pretensjonalnym dydaktyzmem, który niszczy większość powieści o apokaliptycznym charakterze. Gretkowska pokazała związki człowieka z czymś, co mechaniczne i co jako wytwór człowieczej nieudolności oraz kompleksów może się obrócić przeciwko niemu jak w opowieści o losach twórcy Frankensteina. „Na linii świata” to książka pokazująca różne modele relacji, ale niewchodząca w prawdziwą relację z czytelnikiem. Szkoda, bo to wszystko miało jakiś potencjał.

2017-08-29

„Stancje” Wioletta Grzegorzewska

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 30 sierpnia 2017

Liczba stron: 188

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje... ze sobą

Gdy Wioletta Grzegorzewska zamykała „Guguły”, jej bohaterka nie miała odwagi ruszyć w świat. Hektary były wszystkim, co rozumiała, pojmowała i co dawało poczucie bezpieczeństwa. „Stancje” to opowieść o tym, co się wydarzyło po zmianie decyzji. O ruszeniu w ten wielki świat, który symbolizuje najbliższa metropolia – Częstochowa. Czy Wioletta Rogala jest gotowa na to, by wędrować? W tej momentami poetyckiej prozie opowiadającej o realiach w gruncie rzeczy pozbawionego barw etapu studenckiego życia czai się nie tylko strach głównej bohaterki, która niesie ze sobą wspomnienia z rodzinnej wsi i łączy je w świadomości z tym, co opowiadają ludzie w mieście. Jest w niej także ta bliżej nieokreślona forma świata, który dopiero trzeba sobie złożyć w całość. Czasem myśląc o nieprzebytej materii kosmosu, czasem przywołując śmierć. Stancje” to opowieść o ważności wspomnień oraz o doświadczeniach w relacjach międzyludzkich wywołujących obcość i pewną trwogę przed światem. To też historia kobiecej uważności, delikatności i empatii w słuchaniu z elementami subtelnego erotyzmu oraz dygresjami dotyczącymi różnych form życia, bo przecież nieprzypadkowo Wioletta na zajęciach z łaciny odmienia czasownik „żyć”.

Grzegorzewska wie, w jaki sposób opowiadać o świecie i jak na drodze opowiadania stawiać ludzi, którym trzeba się uważnie przyjrzeć. Stosunek bohaterki „Stancji” do ludzi jest enigmatycznie ambiwalentny, ale trafnie diagnozuje ją kochanek, którego śladów poszukuje w wielkim mieście. Wioletta z jednej strony jest bardzo zdystansowana i chłodna wobec otoczenia. Widzimy, że nie nawiązuje żadnych trwałych relacji z rówieśnikami tak dobrze czującymi się na studiach w Częstochowie. Z drugiej jednak strony przyciąga do siebie tych, którzy chcą opowiedzieć o swoich rzeczach ważnych. Wydobywają z czasu minionego obrazy, które słuchaczka zestawia z tym, jak sama postrzega wciąż nieoswojony, dziwny i zaskakujący świat wokół. Ten, który mimo wszystko trzeba oswoić, bo powrót do Hektarów jest już niemożliwy. Wioletta nie jedzie do domu na święta, zakotwicza się w obcych przestrzeniach, prześladują ją wizyjne obrazki z przeszłości i niepokoi śmierć w kilku wymiarach. Ta, wobec której bohaterka chce zachować pamięć, gromadząc papierowe nekrologi. Ta, która się wydarzyła, ale nie została w świadomości akceptowalna – jak śmierć córki jednej z dobrych dusz, która proponuje Wioletce mieszkanie, ale w gruncie rzeczy chce ją zamknąć w swoim świecie wspomnień i traum.

Stancje są zasadniczo trzy, ale poza nimi kilka płaszczyzn życiowych, z którymi kontakt jest źródłem nieustającego zdziwienia – nad kształtem świata i ukształtowanych przez ten świat ludzi. Wioletta odnajduje przy farelce bliskość z innymi mieszkańcami hotelu robotniczego, w którym nie zainwestowano w ogrzewanie. Płynnie wchodzi w narzucone role i w codzienność życia zakonnic, które oferują jej tymczasowy pokój na poddaszu. Kiedy w końcu decyduje się na swoje lokum, nie jest ono tym, czego Wioletta mogłaby oczekiwać. Jest to opowieść niedokończona i w zasadzie to historia pewnych początków, a czasami dramatycznych końców. Tworzą ją ludzie wokół bohaterki i jej świadomość. To, co pamięta – co chce zapamiętać i co w tej pamięci uwiera. W tym znaczeniu „Stancje” zbliżają się odrobinę do debiutu prozatorskiego Weroniki Gogoli „Po trochu”. Ale fraza i sposób obrazowania rzeczywistości Grzegorzewskiej to coś, co zostało już dopracowane i we wszystkich szczegółach wymyślone w „Gugułach”. Czy druga książka jest zatem wtórna? Bynajmniej. Oczekuje być może innego odczytania, bo to historia pewnego otwarcia, a nie zamknięcia czasu, do którego nie można już przecież powrócić.

Interesujące zakończenie tej książki każe nam zrewidować każdy pogląd na temat tego, co się wcześniej wydarzyło. Wioletta poszukuje możliwości czy je odrzuca? Stara się dostosować czy dostosowuje to, co widzi, do ukształtowanych już wyobrażeń i wrażliwości? Spotykani znajomi z Hektarów są już inni, mają inne priorytety, wyglądają inaczej, inaczej się zachowują. Wioletta unika bliskości, na jaką pozwalała wcześniej. Mierzy się z odejściem babki, które naznacza ją na kilka sposobów. Częstochowa nie zbliża się do niej, to miasto wciąż pozostaje zagadkowo obce. Można w nim spotkać nieszczęście pod postacią agresywnych skinów, można też uciec w niebyt na kilka dni, by ocknąć się i ponownie spróbować zmierzyć z prozą życia.

„Stancje” to opowieść jednocześnie o bezradności i determinacji. O tym, w jaki sposób żyją w nas wspomnienia, i o lęku przed wychodzeniem naprzeciw temu, co nowe. Zbyt wiele wydobyło się stamtąd, skąd Wioletta Rogala wyjeżdża. Zbyt ciężki bagaż emocjonalny ze sobą zabrała. Czy poszukuje własnej tożsamości? Może chce rozpaczliwie wydobywać intymne okruchy z pamięci innych, by zatrzeć w swojej to, co ją uwiera i stygmatyzuje? Grzegorzewska podpowiada kilka tropów interpretacyjnych. Dlatego też ważne, że jej teksty są krótkie. To takie punktowanie problemów, ale bardzo uważne i niepozbawione czułości. „Stancje” wydobywają się z „Guguł”, ale są też narracją o czymś nowym. Bohaterka musi się odnaleźć nie tylko w specyficznych przestrzeniach i pośród specyficznych ludzi. Musi uwiarygodnić samą siebie, nazwać i określić swoje potrzeby, emocje. Chciałoby się tę książkę nazwać opowieścią drogi, ale w gruncie rzeczy chodzi o pewne zatrzymanie się i uważność. Pośród opowieści, które nie znaczyłyby niczego, gdyby nie przyjmowała ich do siebie tak uważna słuchaczka.

Lata dziewięćdziesiąte minionego stulecia ożywają w sposób wybiórczy i bardzo sugestywny. Pośród wojen gdzieś daleko – Czeczenia czy Bałkany – toczy się też prywatna wojna o samostanowienie. Na ile można wrócić do tego, co kryją w sobie Hektary, a na ile próbować zakorzenić w nowym mieście i z nowymi ludźmi? Co z rozczarowaniami, które malują Częstochowę w smutnych barwach i dają do zrozumienia, że koloryt pozostał tam, gdzie rodzina i znajoma okolica? Myślę, że „Stancje” domagać się będą uzupełnień i Wioletta Grzegorzewska doskonale wie, o czym mogłaby napisać kolejne książki. Ta jest melancholijna, zestawia przejawy witalizmu ze śmiercią, czaruje poetyckością opisów tego, co wokół, i zastanawia nad skomplikowanym pejzażem emocjonalnym głównej bohaterki. To też historia o tym, że na każdym etapie życia kształtują nas doświadczenia innych. O czułości i empatii, którą można połączyć z dystansem niezbędnym do uważnych obserwacji. Piękna książka. Dużo bardziej skondensowane były „Guguły”, ale i tutaj mnogość ścieżek interpretacyjnych poprowadzi nas przez zagadkowość istnienia i doświadczania świata.

2017-08-26

„Zawód: powieściopisarz” Haruki Murakami

Wydawca: MUZA

Data wydania: 16 sierpnia 2017

Liczba stron: 288

Przekład: Anna Zielińska-Elliott

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Warsztat pracy i filozofia życia

Po kilku przygodach z powieściami Murakamiego oraz jednym spotkaniem ze zbiorem jego opowiadań postanowiłem sobie, że będę czytał książki japońskiego pisarza tylko wtedy, gdy nie będą fikcjami literackimi. Dużą przyjemnością było poznawanie przed siedmiu laty jego publikacji o bieganiu i ze sporą dozą ciekawości podchodziłem właśnie do tej. Tym bardziej że „Zawód: powieściopisarz” tematycznie znajduje się zdecydowanie w kręgu moich zainteresowań egzemplifikowanych rozmowami z autorami, w których za każdym razem – choć zawsze inaczej – pytam o istotę procesu twórczego i kondycję współczesnego prozaika. Czy Murakami opowiedział mi tu coś, czego nie byłem świadom? Niekoniecznie. Istotne w tej książce jest jednak to, że opowiada o niesamowitej konsekwencji w działaniu. O wytyczeniu rytmu i kierunku drogi twórczej, których w żaden sposób nie naruszy największe nawet tsunami. Bo krajobraz mentalny Murakamiego nigdy nie będzie przypominał świata po Fukushimie, do którego odwołuje się w swych rozważaniach. Zawód: powieściopisarz” jest pełną ironicznej autoadoracji opowieścią o wyborze, jego konsekwencjach oraz o tym, jak raz na zawsze określić swój status, nazwać własne oczekiwania, realizować je i być spełnionym w tym, co się robi.

Haruki Murakami unika rozgłosu medialnego. Nie przepada za wystąpieniami publicznymi. Tkwi w świecie, który zbudował sobie z wyobrażeń i selekcji faktów, i bardzo dba o to, żeby ten świat był harmonijny. Cokolwiek o pisaniu napisze człowiek, który z pisania żyje ponad 35 lat, będzie to ważne i nie sposób podejść do tych esejów tak krytycznie jak do powieści japońskiego autora. Bo wydaje mi się, że Murakami pisze uczciwie, bez zawikłanych zestawień, bez zbędnej terminologii, odniesień, symboliki, porównań. Łączy ze sobą to, kim jest jako człowiek piszący, z tym, czego oczekuje od niego świat. Jest to w dużej mierze książka bardzo intymna, ale obok interesujących rozważań na temat choćby japońskiego rynku wydawniczego czy kreowania bohaterów literackich pojawiają się frazy tąpnięcia, po których chwilę trzeba dochodzić do siebie. Jak wyznanie, że potrzeba pisania gromadzi się Murakamiemu jak woda przed zaporą, gdy topnieje śnieg…

Kiedy autor nie używa pretensjonalnych metafor, całkiem zgrabnie i konsekwentnie pisze o własnym warsztacie, który miał swój specyficzny początek. Bo potrzeba pisania zrodziła się pod wpływem znaczącej dla Murakamiego chwili pewnego dnia sezonu baseballowego. „Zawód: powieściopisarz” to zbiór bardzo uporządkowanych tematycznie i formalnie esejów, które odzwierciedlają to wewnętrzne uporządkowanie autora. Każda jego książka zrodziła się w sposób naturalny, przewidywalny, określony w czasie i bez tak zwanej męki twórczej, albowiem pisarz twierdzi z przekonaniem, że wszystkie zdania zawsze wypływały z jego wyobraźni gładko. Można zastanawiać się, na ile takie wyznania są świadectwem wspomnianej już konsekwencji w działaniu twórczym, a na ile zwyczajnego wyrobnictwa. Nie można jednak odmówić racji Murakamiemu, kiedy powtarza frazę, którą gdzieś zasłyszał: o tym, że nie można zadowolić wszystkich i należy zadowolić samego siebie.

Czy czytelnik i wielbiciel jego prozy będzie zadowolony z tej książki? Na pewno tak. Widać, że jest przemyślana i ułożona w bardzo zhierarchizowanym porządku. Całość to efekt pewnego zdziwienia – sobą i tym, co do tej pory udało się osiągnąć. Murakami spotyka się nie tylko z własną świadomością, ale przede wszystkim przysiada, by poopowiadać innym o czymś, co wydawało się przez lata intymne. Ta książka to dowód na to, że z natury nietowarzyski człowiek może się do nas jednak dosiąść i szczerze o sobie opowiedzieć. Strzegący swojej prywatności prozaik pozwala sobie na niebywałą wręcz otwartość. Nie ma w tym egzaltacji ani megalomanii. Jest swoista spowiedź, dość uczciwa. Dotyczy pracy nad materią, z której nie wszyscy potem są zadowoleni. Jakkolwiek oceniać twórczość japońskiego pisarza, trzeba uznać, że pokazuje proces pisania, odzierając go z wielu narosłych mitów i legend. To efekt uważnego obserwowania rzeczywistości i wyciągania wniosków w szerokim kontekście. Nieważne, jakie są potem literackie tego efekty. Widać wyraźnie, że pisanie porządkuje życie, ma pewną strukturę, nie jest w opinii Harukiego Murakamiego ani czymś błyskotliwym, ani też czynnością zasługującą na szczególne uwagę i podziw.

„Zawód: powieściopisarz” to książka odwołująca się stale do upływu czasu i sytuująca przemyślenia w kontekście kilku dekad, podczas których zmieniała się recepcja danego dzieła, zasadniczy pomysł na nie i przyglądanie się danej książce z nieco innej autorskiej perspektywy. Interesujące są opowieści o tym, w jaki sposób Murakami najpierw odbierał, a potem tworzył literaturę w języku angielskim. Jak zaistniał w amerykańskich, a potem europejskich wydawnictwach. W jaki sposób odcinał się od wszystkiego, co opresyjne w japońskim rynku wydawniczym, i jak konsekwentnie szedł swoją drogą. To też mądra książka o tym, jaki stosunek trzeba przyjąć do krytyki literackiej i jak zwyczajnie robić swoje, jeśli uznaje się, iż jest to robota celowa i słuszna.

Murakami mówi o tym, że tylko upływ czasu może zweryfikować zarówno oryginalność, jak i ważność danej książki. Widzimy także, w jaki sposób ten pogląd się narodził. Co na niego wpłynęło – czy w większym stopniu odbiór literatury na świecie, czy też może uważne przyglądanie się Murakamiego samemu sobie. To książka o poczuciu własnej wartości, o człowieku spełnionym. Taka opowieść o życiu, na które niejednego nie stać, bo brakuje mu odwagi albo określenia priorytetów. W takim rozumieniu „Zawód: powieściopisarz” to historia o tym, w jaki sposób najpierw poszukuje się życiowej harmonii, a potem w niej umacnia. Gdyby jednak świat literacki obfitował w tak uporządkowane, zadowolone z siebie i pewne swego persony, literatura w gruncie rzeczy przestałaby zaskakiwać. Murakami pisze o porządku. Tak, te eseje porządkują sprawy i nazywają je w sposób racjonalny. Tkwią jednak nad przepaścią wzruszeń i emocji, o których wielu pisarzy nie potrafiłoby opowiedzieć w takiej formie jak Murakami. Napisane zostało to, co można wyrazić i w przypadku autora – konkretnie uporządkować. Pewnego rodzaju rozczarowanie po lekturze wiąże się z tym, że właściwie już wszystko wiemy, wszystkiego się dowiedzieliśmy. Tożsamość pisarza to może być tylko to, co zamknie się w zbiorze jedenastu tekstów z posłowiem?